Nie przesadzać z tym luzem
27/12/2017
W zeszłym tygodniu życzyłem naszym czytelnikom więcej luzu i spokoju – czyli vairāgya – na święta. Życzyłem słusznie. W końcu żyjemy w czasach, kiedy zewnętrzne nakazy i wewnętrzne przekonanie karzą się nam ciągle się doskonalić, wyznaczać sobie coraz ambitniejsze cele, przekraczać kolejne granice. Taka konieczność ciągłego dążenia do celu, bycia w pełni skoncentrowanym, zdeterminowanym, skupionym na regularnej pracy – czyli abhyāsa – może faktycznie być nieznośna. Gorzej nawet. Takie skupienie na samej pracy (na macie czy poza nią) może być źródłem swego rodzaju uzależnienia: od pracy samej i jej efektów. A w jodze przecież nie chodzi chyba o to, żeby się uzależniać. Dlatego vairāgya – czyli np. nieprzywiązywanie się do efektów pracy – jest równie ważna, co abhyāsa. Szczególnie na święta, przed którymi mamy szczególną skłonność do zapinania wszystkiego na ostatni guzik.
Święta jednak za nami i może warto nie przesadzać z tym luzem i spokojem. I nie chodzi mi o te wszystkie dodatkowe kalorie pobrane podczas świątecznych obiadków czy śniadanek, ani nawet o wysypianie się do 10 rano po nazbyt obfitych kolacyjkach. W tym temacie o wiele więcej do powiedzenia mają panie Chodakowska i Lewandowska, więc nie zmierzam z nimi konkurować. Bardziej chodzi mi o ten aspekt vairāgya niezwiązany z dodatkowymi kilogramami czy niesfornie pojawiającymi się tu czy ówdzie wałeczkami tłuszczyku.
Abhyāsa i vairāgya to pojęcia, które równoważą się nawzajem. Pierwsze jest zwrócone do zewnątrz i opiera się na relacjach z otoczeniem, drugie przynależy raczej do świata wewnętrznego i karmi się introspekcją. Pierwsze nieuchronnie wiąże się z naszym funkcjonowaniem w rzeczywistości, drugie – bardziej kojarzy się obojętnością wobec tego, co przecież tylko pozornie rzeczywiste i poszukiwaniem wyzwolenia od nieznośnego ciężaru bycia w codzienności. Gdyby praktyce vairāgya nie towarzyszyłaby abhyāsa, groziłaby nam nie tylko obojętność w stosunku do efektów podejmowanych działań, ale także ucieczka od codziennych obowiązków – wobec siebie i innych, a także wobec własnej praktyki i rozwoju. Sama abhyāsa byłaby zaś jedynie zanurzeniem się w bieżącym działaniu do tego stopnia, że stałoby się ono celem samym w sobie. I tak źle i tak niedobrze.
Pomiędzy abhyāsa i vairāgya potrzebna jest zatem równowaga. Nieco metaforycznie można powiedzieć, że codzienna praktyka (abhyāsa) działa trochę jak siła grawitacji – pomaga nam mocno stąpać po ziemi i nie pozwala, aby nadmuchany balonik naszej obojętności i spokoju uniósł nas gdzieś wysoko w stratosferę. A trzeba sobie powiedzieć uczciwie, że w jogicznym światku zdarzają się osoby, które do takich stratosferycznych wycieczek pewne skłonności mają. Bujają sobie wysoko w obłokach ponad codziennymi obowiązkami, przyziemnymi sprawami, a często także ponad solidną i regularną praktyką na macie.
Stąd najlepszą receptą na nagły, nieoczekiwany przypływ obojętności wobec świata i duchowego oświecenia jest rozwinięcie maty i zrobienie chociaż paru powitań słońca. Można także spędzić trochę czasu z rodziną, ugotować coś do dobrego jedzenia albo posprzątać i wyrzucić śmieci. Przyda się… nie tylko po świętach.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".