Na skróty
22/11/2017
Zawsze fascynują mnie filmiki na YouTube, które obiecują szybko i łatwo nauczyć mnie skomplikowanych jogicznych pozycji. Taki filmik ma 7, góra 14, minut, a na ekranie z gracją baletnicy i zwinnością jaszczurki wygina się jakaś piękna joginka lub przystojny jogin. Oczywiście, we wstępie do filmiku raczej nie mówią, ile lat (lub wcieleń) zwykłemu śmiertelnikowi zajmuje osiągnięcie tej lekkości i zwinności. Autorzy jogicznych mini-poradników nie wspominają także, że tak naprawę prezentowana pozycja nigdy nie sprawiała im większej trudności, bo są z natury elastyczni, ciała mają młode, szczupłe i silne, a w ogóle należą do tego 1% populacji, który ze swoim ciałem może zrobić prawie wszystko i dodatkowo zawsze dobrze wypada na ekranie. I wcale nie mam pretensji do tych elastycznych, szczupłych joginek czy bosko umięśnionych joginów. Jeśli matka natura dała im te możliwości, niech z nich korzystają, póki jeszcze w ciele energia buzuje, a młodość do pieca podkłada. Niech dorobią sobie do (jakby nie było) skromnej pensji nauczyciela jogi, czy odłożą na wakacje w tropikach. Bardziej zastanawiają mnie te tłumy zafascynowanych jogą, zwykłych śmiertelników, którzy z pasją śledzą takie poradnikowe kanały i próbują czerpać wzorce z publikowanych tam materiałów. Czy nie świadczy to czasem o jakiejś dziwnej, chyba nie bardzo jogicznej tęsknocie za drogą na skróty?
Takie poszukiwanie prostych recept i szybkich rozwiązań jest zresztą dosyć powszechne w naszym, obsesyjnie ukierunkowanym na rezultat, świecie. Chcemy, żeby na każdą dolegliwość była pigułka, która szybko nas uzdrowi. Kiedy nie mamy pieniędzy na wakacje, bierzemy kredyt. Jak pojawiają się problemy w związku, zaraz zaczynamy zastanawiać się na zmianą partnerki lub partnera. Gdy dzieciak daje nam popalić, biegniemy do lekarza, żeby dał mu coś na to ADHD. Nie chcę oczywiście podważać zaufania do współczesnej medycyny, ani kwestionować faktu, że czasem kredyty się przydają. Nie mówię również, że nie ma toksycznych związków, które warto przerwać, czy nadpobudliwych dzieciaków, wymagających – być może – pomocy specjalistów. Problem tylko w tym, że nie każda choroba da się uleczyć prostym przyjęciem pigułki, kredyty trzeba kiedyś spłacić, z nowym partnerem/partnerką też może być orka na ugorze, zaś dzieci najczęściej wymagają nie tyle terapii, co (czasem anielskiej) cierpliwości. Krótko mówiąc, żeby jako tako życie sobie ułożyć trzeba się porządnie napracować – każdego dnia, ciężko i często bez szybkich, widocznych efektów.
Swami Kriyananda, uczeń Yoganandy, powiedział kiedyś, że – cytuję z pamięci – oświecenie duchowe nie przychodzi samo, odnalezienie drogi do niego to żmudna, codzienna praca. Podobniej jest także z jogą. I nie ma większego znaczenia czy joga ma być drogą do takiego właśnie oświecenia czy tylko (a może aż) sposobem na nawiązanie bliskiej relacji ze swoim ciałem oraz poprawienie koncentracji i ogólnej sprawności fizycznej. Tym bardziej, że jedno nie wyklucza drugiego. Praktyka jogi to ciężka codzienna praca, wymagająca zaangażowania i skupienia. To wiele godzin spędzonych na macie często bez widocznych rezultatów, to satysfakcja z nowo opanowanej asany i poczucie zawodu, kiedy następnego dnia znowu nam nie wychodzi. To ciągłe przezwyciężanie lęku przed nieistniejącym niemożliwym i uczenie się respektu przed realnym niebezpiecznym, a także umiejętność odróżniania jednego od drugiego. To – wreszcie – umiejętność zaakceptowania i polubienia faktu, że tak naprawdę sam proces jest ważny, a nie jego rezultat. W praktyce jogi nie ma drogi na skróty. Nasze ciało i umysł muszą mieć czas, żeby do nowych rzeczy się przyzwyczaić. Ktoś kto zmaga się z Marichyasaną A, raczej nie poradzi sobie z Kurmasaną, nie mówiąc już o Dwi Pada Sirsasanie. Jeśli grawitacja bezlitośnie rozpłaszcza nas na macie w Chaturanga dandasanie, pewnie ciężko będzie balansować na dłoniach w Bakasanie.
Oczywiście, czasem takie poradnikowe filmiki nawet się przydają – np. jeśli ktoś praktykuje tylko w domu i nie ma dostępu do dobrego nauczyciela. Tak jak niekiedy mogą przydać się zajęcia tematyczne lub warsztaty poświęcone na przykład staniu na rękach, wygięciom do tyłu, itd. Jednak najbardziej nawet pożyteczne wskazówki czy podpowiedzi nie zastąpią regularności i wielu godzin spędzonych na macie. Bo w jodze nie ma magicznej pigułki na opanowanie Pincha Mayurasany, nie można dostać Kapotasany na kredyt, zaś częste zmienianie nauczyciela czy szkoły jogi wprowadza raczej mętlik w głowie niż postęp w praktyce. Pod tym względem joga przypomina trochę życie – nie ma dróg na skróty, a jeśli wydaje się, że są, często prowadzą na mało ciekawe pustkowia.
A byłoby tak przyjemnie, gdyby po prostu oświecenie duchowe, trudne asany, zdrowie ciała i ducha, nieustające szczęście w związku, dużo pieniędzy i zawsze grzeczne dzieci po prostu nam się przydarzały – same, bez wysiłku i pracy. Może w następnym wcieleniu? Ale podobno na to trzeba sobie wcześniej także solidnie zapracować …

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".