O listopadowej radości
1/11/2017
Jak to się dzieje, że ludzie wychodzący z restauracji wyglądają na bardziej szczęśliwych niż ci, którzy wychodzą z kościoła? Czyżby bliski kontakt z kotletem przepajał większą radością niż bliski kontakt z Jezusem? Przecież – jak twierdził św. Franciszek – „Bóg jest radością. Dlatego przed swój dom wystawił słońce.” Jeszcze można zrozumieć ludzi wychodzących po mszy w dzień zaduszny, choć i tu przecież można mieć pewne wątpliwości. W końcu wierzących obietnica życia wiecznego powinna cieszyć, a nie smucić i to niezależnie od kontekstu samej mszy, tematyki kazania czy pogody za oknem.
Wokół nas tak mało radości. Nie tylko nasza religijność bywa głównie śmiertelnie poważna. Niewiele radości jest w naszym życiu publicznym. Politycy – ci nikomu nieznani i ci z pierwszych stron gazet – z reguły obnoszą dumnie swój szczękościsk, jakby bali się, że nieopatrznie wymsknie im się jakieś spłoszone, odrobinę choćby pogodne słowo. Wbici w ciemne garnitury i garsonki posłanki i posłowie zdają się każdym gestem i grymasem twarzy komunikować nam, że co jak co, ale wesoło to jednak nie będzie. Jeżeli jakiś polityk zdecyduje się już na uśmiech do kamery, rzadko jest to uśmiech radosny, częściej uśmiech politowania, wyższości, pogardy czy po prostu złośliwy rechot z potknięcia kogoś innego – oczywiście, kogoś wrogiego jedynie słusznej sprawie.
W naszej kulturze też chyba nie lepiej. Jesteśmy specjalistami od moralnego niepokoju i krzepiących serca panegiryków ku czci poległych lub zdradzonych o świcie. Lubujemy się w opowieściach o przegranych bitwach, dzielnych żołnierzach o twarzach frasobliwych wysadzających swoje reduty, walczących do końca bojownikach także wówczas, gdy nie ma to już jakiekolwiek sensu. Nawet jeśli trafi się w kinie czasem jakaś komedia, najczęściej proponuje nam śmiech z cudzych przywar, nieporadności, niewiedzy czy po prostu głupoty – w myśl zasady, że nic tak nie podnosi samooceny widza, jak pokazanie mu kogoś głupszego od niego. Perełki prawdziwej radości nanizane są na nasz kulturalny naszyjnik raczej skąpo. Trochę tak, jakby radość była czymś wstydliwym, niepoważnym, o czym pisać książek czy kręcić filmów nie wypada w kraju, gdzie tyle wojen, tragedii i problemów dnia codziennego.
Ciekawe podejście do radości mają w Indiach. Według Ajurwedy i filozofii jogi jesteśmy istotami złożonymi z wielu powłok, czyli wieloaspektowymi. Mamy naszą cielesną powłokę, buzuje w nas energia napędzająca nas do życia, umysł pomaga nam przetwarzać bodźce dostarczane przez nasze zmysły, intelekt daje szansę na to, żeby nie wszystkim z tych bodźców ulegać. Jest jeszcze jeden aspekt, na pierwszy rzut oka trochę zaskakujący, odrobinę ezoteryczny, nieco niepasujący do naszej poważnej i smutnej rzeczywistości – szczególnie w okresie kryzysów, zwłaszcza w listopadzie. Jest to aspekt, który wypełnia ananda – czyli błogość, rozkosz, szczęście, czy może po prostu bezinteresowna i beztroska radość. Według niektórych ananda jest tym naszym aspektem, czy tą naszą powłoką, w której mieszka nasza jaźń czy – jak kto woli – dusza. Trochę tak, jakby radość była najlepszym opakowaniem do czegoś tak niezwykłego i cennego jak nasza prawdziwa istota. Inny uczeni mężowie twierdzą, że ananda jest tak naprawdę od naszej duszy nieoddzielna, że jest jej własnością, przejawem – trochę tak, jak nieoddzielne są światło i ciepło płonącej świecy. Według teorii dzięki jodze, medytacji czy innym praktykom duchowym mamy szansę wejść z anandą bliski kontakt. Z kultury masowej znane są obrazki wiecznie uśmiechniętych, buddyjskich mnichów. W relacjach słynnych joginów przeczytać można o nieograniczonym odczuciu błogości i wszechogarniającym szczęściu, jakie towarzyszą nam, gdy już osiągniemy stan oświecenia.
Nie chcę przez to powiedzieć, że nasza rzeczywistość jest gorsza od rzeczywistości Orientu – jogi, medytacji, recytowania mantr czy praktyk ascetycznych. Nie twierdzę, że nasza religia, polityka, kultura jest całkowicie z radości wyprana. Nie postuluje, żeby wszyscy zgolili głowy, we wdzianka mnisie wskoczyli i zaczęli godzinami stać na głowie lub recytować mantry. Nie jestem także na tyle naiwny, by twierdzić, że jogini to ludzie wyłącznie radośni i przepełnieni dziecięcą wprost afirmacją świata. Istnieje pewnie sporo jogicznych smutasów – znam co najmniej kilku. Dodatkowo, sam jestem dzieckiem swojej kultury, miewam całkiem głębokie doły i czasem mam wrażenie, że wszystko zmierza do nieuchronnej katastrofy – szczególnie w listopadzie. Desperacko staram się jednak doceniać radość, nawet tę niespecjalnie metafizyczną i uduchowioną. Radość z tego, że wstałem rano, że udało mi się rozwinąć matę i zrobić praktykę, radość ze spotkania z dobrymi, ciekawymi ludźmi, z przeczytania intrygującej książki i obejrzenia zajmującego filmu, z rozkoszowania się smakiem świeżych potraw. Pielęgnuję w sobie nawet najbardziej nieśmiałe radości przejawy, jej najkrótsze nawet mgnienia i przebłyski. Staram się by błogość, którą karmi miarowy oddech podczas praktyki jogi żarzyła się we mnie jak najdłużej w ciągu dnia. Bo niezależnie od tego, czy kołacze we mnie jaźń czy dusza czy to tylko tak intrygująco bulgoce sobie prozaiczna biochemia mojego mózgu, warto przecież, żeby to COŚ mogło wyciągnąć się wygodnie, otulone miękkim i ciepłym kocem mojej radości – szczególnie w listopadzie.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".