Jogiczny wyczyn
23/08/2017
Najczęściej problem polega na zupełnie czymś innym. No bo przecież łatwo nie jest. Trzeba wstać skoro świt. Po krótkiej toalecie, itd., wskoczyć dziarsko na matę i machnąć swoją praktykę. Potem jeszcze ewentualne ćwiczenia oddechowe, chwila relaksu, śniadanie i biegniemy na spotkanie codziennych obowiązków. Jeśli ktoś praktykuje po południu, też prościej nie ma. Musi pamiętać, żeby nie przejadać się na kilka godzin przed praktyką. Po całym dniu pracy, zamiast lec przed telewizorem w wygodnym fotelu z kolacją, rozwija matę, itd. Oj, tak – praktykowanie jogi wymaga dyscypliny, umiejętności mobilizowania się i chęci przekraczania granic lenistwa i/lub zmęczenia. Jeżeli więc ktoś ma już taki charakter, że potrafi się motywować, idzie na całość i lubi stawiać sobie ambitne cele, powinien mieć z jogą łatwiej. Otóż, niezupełnie.
Traktowanie jogi, jak swego rodzaju akrobatyczno-siłowego wyczynu też wcale dobre nie jest. Podejście takie można trochę wytłumaczyć kulturą, w jakiej przyszło nam żyć. Od dzieciństwa słyszymy, że „bez pracy nie ma kołaczy”. Media mówią wyłącznie tylko o tych, którzy są number one. W pracy co chwila powtarzają nam, że musimy osiągać i przekraczać coraz to bardziej ambitne cele (targety, misiu, targety – jak mawiał kiedyś mój znajomy menadżer). Nic więc dziwnego, że czasem nieświadomie przynosimy ze sobą takie myślenie na matę. Wkraczamy wówczas na nią z mentalnością zdobywcy, który chce mieć coraz więcej – rzeczy, doznań, statusu, czy choćby satysfakcji. Niezależnie od samopoczucia, stanu naszego organizmu i umysłu, chcemy nie tylko wyrobić swój plan minimum, ale najlepiej sporo go przekroczyć. Zdobywamy kolejne asany, jak myśliwi zdobywają trofea. Czasem kończy się to bardzo nieprzyjemnie, niekiedy nawet groźnie.
Nie jest łatwo sobie z tym poradzić. Wiem, bo sam takim już jestem dziwnym osobnikiem, co to zawsze chce sobie nałożyć na talerz więcej niż powinien. Czasem okiełznanie tego osobliwego nienasycenia wymaga więcej pracy i skupienia i niż wykonanie najbardziej nawet ambitnej asany. Praca z kimś takim jest także sporym wyzwaniem dla nauczyciela jogi. W końcu jeśli ktoś jogi uczy, najczęściej jest pasjonatem (dla pieniędzy raczej nauczycielem się nie zostaje) i sama/sam ciężko pracuje nad tym, by swoją praktykę pogłębiać. W naturalny sposób chce zatem umiejętności swych uczniów również rozwijać. Rolą nauczyciela jest także mobilizowanie uczniów, pokazywanie im, że mogą przekroczyć swoje dotychczasowe ograniczenia i pomaganie im w tym procesie. Trzeba dużej uważności i intuicji, żeby wyczuć, kiedy ktoś nazbyt ambitny usiłuje zrobić więcej niż powinien, kiedy robi jeden krok za dużo lub przekracza granicę, za którą majaczyć zaczyna groźba kontuzji, nadmiernego wyczerpania organizmu czy choćby psychicznego wypalenia. Dlatego zawsze miałem wrażenie, że radzenie sobie z nadmiarem ambicji i stawianie sobie granic jest przede wszystkim moją własną odpowiedzialnością.
Jak skutecznie takie granice sobie stawiać? Każdy ma pewnie jakieś sposoby. Mnie sprawdzają się te:
Po pierwsze, szukam w praktyce przyjemności. Zgodnie ze starą jogiczną zasadą opisaną w Joga Sutrach, asany powinny być nie tylko sthira (stabilne), lecz także sukha (lekkie, przyjemne) – więcej o tym poczytacie tutaj. Jeżeli zatem nie odczuwam podczas praktyki tego przyjemnego odczucia lekkości, stanu wyciszonej euforii, przypływu spokojnej energii, ale zaczynam walczyć, zmagać się z własnym ciałem, albo robić coś przeciwko niemu – wiem, że przeginam i powinienem zwolnić. Wziąć kilka spokojnych oddechów w psie z głową w dół, może nawet dać napięciu odtajać w pozycji dziecka.
Po drugie, słucham się własnego oddechu. Obserwuję go, czy jest równy, czy wdech i wydech ma taką samą moc, czy nagle nie przyspiesza i nie zmienia się w łapczywe gryzienie niedogotowanych kęsów powietrza. Jeżeli gubię oddech, wiem, że zrobiłem o jeden krok za daleko.
Po trzecie, staram się nie gonić za coraz to nowymi asanami. Wychodzę po prostu z założenia, że mój nauczyciel sam mi je zaproponuje. Czasem niektóre rzeczy lepiej widać z zewnątrz i ktoś kto ma doświadczenie i mozolnie rozszyfrowywał pewne asany na swoim ciele będzie lepiej w stanie ocenić, czy powinienem dołączyć je do mojej praktyki, czy może raczej warto jeszcze trochę popracować nad innymi. Przydaje się tu stosownie się do jogicznej zasady santosa, zgodnie z którą warto pielęgnować w sobie zadowolenie z tego, co udało się nam osiągnąć, a więc także ze stanu, w jakim nasza praktyka aktualnie się znajduje. Tym bardziej, że brak tego zadowolenia może prowadzić do napięć w ciele, które znakomicie utrudnią wykonywanie tych bardziej wymagających asan.
Po czwarte, próbuje wsłuchiwać się w wewnętrzną inteligencję. W literaturze hinduskiej często można znaleźć ciekawą metaforę rydwanu. W metaforze tej nasze zmysły, pragnienia, pożądania przedstawione są jak rozbuchane rumaki, które rwą, jak szalone, do przodu. Nasz rozum jest z kolei lejcami, które rumaki te trzymają pod kontrolą. Zaś nasz intelekt jest jak woźnica, który rydwanem tym kieruje. Kiedy mam zatem wrażenie, że moje rumaki rwą za bardzo do przodu, staram się wsłuchiwać w głos mojego intelektu, który spokojnie i dobitnie – nieco jak rozbrykanemu dziecku – tłumaczy mi, że zaawansowane asany nie muszą być równoznaczne z zaawansowaną jogą.
Po piąte, poddaje się czemuś, co czasem nazywa się inteligencją ciała. Kiedy płynę przez praktykę w takt muzyki mojego oddechu, poszczególne asany – nawet te w danym momencie dla mnie najtrudniejsze – są tylko jak fale na powierzchni przyjaznego morza. Jeżeli jednak moja praktyka zaczyna przypominać jazdę po wybojach na źle wycentrowanych kołach, dostaje sygnał, że pewnie coś jest nie tak. Może w danym dniu jest za ciepło albo za zimno? Może jest jakiś pokręcony biomed? A może po prostu rozbiera mnie jakaś infekcja? Jeżeli uważnie obserwuję swoje ciało i słucham jego sygnałów, daje mi ono szybko do zrozumienia, kiedy lepiej zwolnić lub może nawet przestać.
Czy mi się zawsze to wszystko bezbłędnie udaje? Mówiąc szczerze, nie zawsze. Ale kiedy mi się udaje, czuje wyraźnie, że zyskuje na tym moja praktyka. Właściwie nie tylko praktyka. Pogoń za wyczynem jest niewskazana nie tylko w jodze …

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".