Z głową z dół
5/07/2017
Wakacje to czas, kiedy bardziej czytam to, co chcę, a nie to, co powinienem. Zresztą ostatnio coraz częściej czytam to, co chcę. Może znaczy to, że jestem na permanentnych wakacjach? Tylko dlaczego kupka książek to przeczytania wcale nie maleje. Wręcz odwrotnie – mam wrażenie, że rośnie. Ale dosyć smędzenia. Do rzeczy.
Podczas niedawnego wakacyjnego wypadu czytałem sobie o niejakim Trisanku. Nie jest to historia powszechnie znana. Jest również raczej wątpliwe, żeby znalazła się w nowej podstawie programowej, bo Trisanku żołnierzem wyklętym nie był. Pozwolę sobie zatem w kilku słowach jego historię streścić. Trisanku był dawno, dawno temu wielkim królem, który cieszył się powszechnym poważaniem. Utwierdziło go to zapewne w przekonaniu, że do wielkich rzeczy został stworzony i zapragnął żywcem pójść do nieba. Jak wiadomo, tego typu marzenia nie są łatwe do zrealizowania. Sztuka ta udała się ponoć takiemu Judhiszthirze, ale on w końcu w był jednym z Pandawów, a na dodatek miał za ojca boga sprawiedliwości Dharmę. A Trisanku, choć uzdolniony, był po prostu tylko zwykłym królem, trawionym ambitnym pragnieniem.
Udał się zatem Trisanku do Wasiszthy, żyjącego naonczas obdarzonego nadzwyczajnymi mocami, oświeconego mędrca i ascety, ale ten potwierdził tylko, że ludzie żywcem do nieba raczej nie chodzą. Nie spodobało się to naszemu bohaterowi, bo chęć wniebowstąpienia żywcem buzowała w nim, jak masło ghee wrzucone do ofiarnego ognia. Poszedł więc Trisanku do innego mędrca, konkurującego w tamtym okresie z Wasiszthą, Wiśwamitry.
Rywalizacja Wiśwamitry z Wasiszthą to piękna, ale zupełnie inna historia. Wystarczy jednak powiedzieć, że Wiśwamitra był wówczas na tym etapie swojego życia, że zrobiłby by wszystko, aby udowodnić innym (a zwłaszcza sobie), że jest równie wielkim riszim, co Wasisztha. Wysłał więc Wiśwamitra nie podejrzewającego niczego złego Trisanku żywcem do nieba. Po chwili jednak okazało się, że rozgniewany król bogów Indra odesłał Trisanku z powrotem, a że ten chodził nogami po niebieskich pałacach, wrócił na ziemski padół tak, jak chodził – czyli do góry nogami. Widząc przed sobą Trisanku wiszącego z głową w dół, podirytowany Wiśwamitra ponowił próbę wyekspediowania nieszczęśnika do nieba. Znowu bezskutecznie. I wędrował tak biedny Trisanku raz do góry, raz w dół w tej mocno niekomfortowej pozycji odwróconej, aż Wiśwamitra zdecydował się w końcu stworzyć całkiem nowy wszechświat z zupełnie nowym niebem i wysłał tam biedaka na dobre. I tak mieszka sobie Trisanku do dzisiaj w tych nowych niebiesiech, zmieniony ponoć w gwiezdną konstelację – co prawda żywcem tam wysłany, ale za to do góry nogami.
Tak w wielkim skrócie wygląda historia Trisanku i pomimo tego, że działa się dawno, dawno temu i na zupełnie innym kontynencie wydała mi się ciągle aktualna. Bo, choć nasz świat pozbawiony jest oświeconych, obdarzonych mocami mędrców, tęsknota za przekraczaniem granic i osiąganiem nieosiągalnego ciągle nam towarzyszy. W tym sensie historia Trisanku jest pouczająca. Po pierwsze, mówi nam, żeby uważać kogo prosimy o pomoc w realizacji swoim marzeń, bo ten ktoś, kto pomoc obiecuje, może kierować zupełnie egoistycznymi motywami. Po drugie, uczy nas by nie gonić za niemożliwym, bo – nawet jeśli uda nam się nasz cel zrealizować – możemy skończyć sami jak palec w świecie całkowicie postawionym na głowie. Po trzecie wreszcie, historia Trisanku pięknie ilustruje o co tak naprawdę chodzi w santosy, czyli jednej z jogicznych nijam. Bo na przykładzie Trisanku widać, jak na dłoni, że warto czasem docenić to, co się ma, a nie obsesyjnie gonić za niemożliwym.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".