
Jak rozumieć ciało – wywiad z Davidem Keil
David Keil – uznany ekspert anatomii i nauczyciel Ashtanga Jogi. W swoim nauczaniu łączy ogromne doświadczenie za zakresu kinezjologii oraz terapii nerwowo-mięśniowej z długoletnią praktyką jogi. Jego droga do jogi prowadziła przez Tai Chi. Ashtanga Jogę praktykuje od 1999 roku. Od 2001 roku jest uczniem Johna Scotta i wielokrotnie odwiedzał Mysore, gdzie praktykował pod okiem Sri K. Pattabhi Joisa i jego wnuka Sharatha Joisa. Prowadzi liczne warsztaty, w tym także z anatomii jogi. Nasz wywiad przeprowadziliśmy podczas niedawnego warsztatu, jaki David prowadził w Astanga Yoga Studio w Warszawie.
Marek Łaskawiec: Na Zachodzie często myśli o ludzkim ciele w sposób dosyć mechanistyczny. Wyobrażamy sobie, że istnieje coś w rodzaju centralnego układu sterującego, który wydaje poprzez nerwy polecenie do mięśnia, a ten się kurczy i nasza ręka albo noga się porusza. Kiedy jednak zaczynamy praktykować jogę, wizja taka zaczyna się sypać. Masz zarówno dogłębną wiedzę o zachodniej anatomii, a jednocześnie praktykujesz i uczysz jogi. Jak opisałbyś zatem sposób działania naszego ciała? W jaki sposób na swój użytek uzgadniasz te dwie perspektywy – zachodnią i wschodnią?
David Keil: Nasze zrozumienie ludzkiego ciała na Zachodzie nie jest fałszywe, ale jednocześnie jest niepełne. Wszystko zależy od tego, na jakim poziomie patrzymy na nasze ciało. Uzgodnienie tych dwóch pespektyw to trochę jak patrzenie na tę samą kwestię z relatywnego i uniwersalnego punktu widzenia. Kiedy patrzymy na łokieć, faktycznie możemy wyobrażać go sobie jako coś w rodzaju zawiasa i to trochę uproszczone spojrzenie jest także prawdziwe. Ale nie jest to pełny obraz. Mówiąc, opisując, studiując ludzkie ciało na Zachodzie patrzymy na nie niejako w oderwaniu od całej reszty. Dotyczy to także nauki i medycyny.
To się powoli zmienia. Nowe pokolenia naukowców i lekarzy zaczynają patrzeć na ciało nieco inaczej, bardziej całościowo, holistycznie. Oczywiście, bierze się to z tego, że zachodnie myślenie miesza się coraz bardziej ze wschodnim. Pokolenie mojej matki po prostu idzie do lekarza i robi to, co ten zaleci. Nie myśli o wpływie tych zaleceń na ich całe ciało czy na relację do własnego ciała. Kultury wschodnie są starsze, bardziej dojrzałe. Kultura indyjska czy chińska mają co najmniej 5000 lat ciągłości i pielęgnują o wiele bardziej holistyczne podejście. Oczywiście, w kulturach Wschodu nikt nie zaprzeczy, że nasze ramię porusza się w ten, a nie inny sposób, ale jednocześnie doda do tego dodatkowe elementy, które poszukują odpowiedzi na pytanie, jak i dlaczego tak się dzieje. Zamiast skupiać się wyłącznie na obiektywnej, mechanistycznej rzeczywistości, uzupełni ją o perspektywę doświadczania ciała. Widać to na przykład w ajurwedzie lub medycynie chińskiej. W tych tradycjach lekarz zawsze słucha, co mówi pacjent, jakie są jego odczucia. Patrzy na ciało jako całość, a nie próbuje tylko „naprawić” jakąś jego cześć, która akurat szwankuje.
A więc z Twojego osobistego punktu widzenia, czyli z punktu widzenia osoby, która patrzy na ludzkie ciało z tych obu perspektyw, jak opisałbyś sposób, w jaki działa nasze ciało?
DK: Nie jest łatwo połączyć te dwa spojrzenia. Trudność polega na tym, że zawsze od czegoś trzeba zacząć. Tego byka nie da się złapać za dwa rogi jednocześnie. Jesteśmy istotami, które funkcjonują na kilku płaszczyznach: fizycznej, psychicznej i duchowej. We wstępie do mojej książki piszę o wielu czynnikach, które mają wpływ na nasze ciało. Tryb życia, uprawiane sporty, urazy i przeżycia, zarówno te uświadomione, jak i nieuświadomione – to wszystko stanowi coś, co nazywam „doświadczeniami równoległymi”. Mieszczą się w nich doświadczenia fizyczne, psychiczne i duchowe, bo wszystkie z nich maja na nas wpływ jednocześnie. Jak powiązać to z tym, jak nasze ciało naprawdę działa?
Z punktu widzenia układu nerwowego, odbieramy świat tak szybko, że właściwie mamy do czynienia z natychmiastowym zrozumieniem tego, gdzie jesteśmy i co robimy. Już samo bycie daje nam doświadczenie naszego ciała. Z tego doświadczenia biorą się następne, pojawiają się kolejne chwile, reagujemy na to, co się stało i zmieniamy się. Myślę, że podczas praktyki jogi stajemy się na to bardziej wyczuleni – obserwujemy uważniej to, czego doświadcza nasze ciało i to, co się tak naprawdę się dzieje. W pewnym momencie pojawia się sprzężenie zwrotne – doświadczanie staje się doświadczeniem i odwrotnie, i tak bez ustanku.

„Doświadczanie staje się doświadczeniem…” David Keil podczas warsztatów w AYS, fot. Artur Wiśniewski
Oczywiście trudno jest mówić o czymś z dwóch punktów widzenia na raz. Ale gdy sobie wyobrazić mapę ludzkiego ciała narysowaną przez zachodnich specjalistów i nałożyć na nią mapę ciała narysowaną na przeźroczystej folii przez mędrców Wschodu, można by pokusić się o poszukanie ciekawych korelacji. Na przykład, jak ma się mapa czakr do zachodniego rozumienia ciała?
DK: Akurat w przypadku czakr można znaleźć wiele łatwych analogii. Mamy układ nerwowy biegnący wzdłuż kręgosłupa, mamy splot słoneczny, czy skupienia nerwów, które odpowiadają umiejscowieniu czakr. Naturalnie nie ma tu pełnej korelacji, ale w przypadku niektórych czakr jak najbardziej. Pytanie tylko, która koncepcja pojawiła się pierwsza. Przecież 5000 lat temu lekarze też widzieli ludzkie zwłoki, także dokonywali sekcji. Mogę sobie wyobrazić jogina, który przed tysiącami lat miał okazję obserwować otwarte ludzkie ciało, dostrzegł jakąś cienką, żółtą nić i nazwał to nadi, uznając, że jest to jeden z kanałów energetycznych. Trudno powiedzieć, ile ze wschodnich teorii opiera się na doświadczeniu i obserwacji, ale jeśli chodzi o czakry i nadi, mamy wyraźne analogie do systemu nerwowego. Medycyna chińska i teoria jogi mają zresztą nieco inne podejście, zwłaszcza jeśli chodzi o przepływ energii. Z punktu widzenia medycyny chińskiej większą wagę przywiązuje się to tkanki łącznej i wydaje się, że to, co w Chinach nazywa się medirianami, ma wyraźne analogie do poszczególnych warstw tkanki łącznej. Tymczasem jogiczne nadi łatwiej jest skorelować z układem nerwowym. Trudno powiedzieć, które podejście jest bliższe prawdy, bo nie jesteśmy przecież w stanie dokonać sekcji zwłok, by stwierdzić, jak płynie energia w ciele. W martwym ciele nie płynie przecież energia, a nawet gdyby badać ciało żyjącego pacjenta, energia taka jest przecież trudna do zaobserwowania.
Jedną z rzeczy, której doświadczamy praktykując jogę jest odczucie ciągłości naszego ciała, czy wzajemnych związków między jego poszczególnymi elementami. Zauważamy, że drobna zmiana położenia stopy wpływa na nasze kolano, które z kolei przekłada się na ułożenia biodra, co – za pośrednictwem kręgosłupa – wywołuje reakcję naszego barku. Takie doświadczenie kłóci się z zachodnią skłonnością do specjalizacji i segmentowania naszego ciała. Mamy specjalistów od kolan, łokci, biodra, ale czasem nie przybliża to nas do rozwiązania naszych problemów. Jak wytłumaczyłbyś to jogiczne doświadczenie ciągłości naszego ciała z punktu widzenia zachodniej anatomii lub fizjologii?
DK: Trzeba po prostu zebrać te wszystkie elementy, o których wspominasz: stopę, kolano, biodro, itd., i zrozumieć, jak funkcjonują one w jednym powiązanym układzie. Lekarze w większości ciągle patrzą na nasze ciało poprzez jego elementy. Kiedy narzekamy na ból w kolanie, leczą kolano. Specjaliści od anatomii o szerszym spojrzeniu czasem stosują pojęcia zapożyczone z inżynierii albo fizyki, jak układ czy łańcuch kinetyczny, aby na przykład opisać wzajemne zależności między stawami w naszym ciele. Innym pojęciem często używanym jest „tensegricity” (od angielskiego „tension” i „integrity” – odpowiednio: naprężenie i integralność – przyp. tłum.). Oparta na tej zasadzie konstrukcja składa się z niestykających się ze sobą elementów sztywnych oraz części elastycznych, które te pierwsze łączą w spójną całość. W naszym ciele rolę elementów sztywnych odgrywają kości, zaś elementem elastycznym jest tkanka łączna, mięśnie, ścięgna, wiązadła. Dzięki takiemu podejściu uświadamiamy sobie, że nasze kości czy stawy znajdują się w pewnym polu naprężenia i kiedy poruszamy jedną częścią ciała, działamy z różną siłą na pozostałe elementy całego układu. A więc na przykład napięcie w jednym stawie przekłada się na napięcie w stawie z nim powiązanym. To taki drugi poziom rozumienia anatomii. Na początku uczymy się poszczególnych części ciała i ich funkcji, potem studiujemy wzajemne, wielowymiarowe, oddziaływania między tymi elementami, czyli właśnie „tensegricity” ciała człowieka. Na szczęście, to coraz powszechniejsze podejście wśród specjalistów od anatomii. Teoria ta wyjaśnia znakomicie, dlaczego zmiana położenia stopy ma wpływ na pozostałe części ciała – po prostu nie może nie mieć. To, jak wpływu tego doświadczamy wiąże się z kolei z nowym rozumieniem roli tkanki łącznej. Pojawia się coraz więcej badań wykazujących występowanie w niej zakończeń nerwowych. W ten sposób można by wytłumaczyć fenomen szerszego rozumienia świata poprzez nasze ciało, czy bezpośredniego odczuwania rzeczywistości, jak określa to Gestalt.

Wieża skonstruowana w oparciu o zasadę „tensegricity”, źródło: www.naukas.com
Dzięki praktyce jogi doświadczamy jeszcze innej współzależności. Okazuje się, że wyobrażenie o centralnym układzie sterującym, który zarządza naszym ciałem jest dosyć sztuczne, że to nie jest ulica jednokierunkowa, że mamy do czynienia z przepływem w obie strony. Odkrywamy, że poprzez ruch i pracę z ciałem wpływamy na ten „układ sterujący”, że budzimy uczucia i emocje. I to może mieć miejsce nie tylko w trakcie jogicznej praktyki, ale także na przykład podczas sesji masażu. Jak wytłumaczyć to z punktu widzenia anatomii?
DK: Można spojrzeć na to z dwóch poziomów rozumienia anatomii. Na poziomie podstawowym mamy do czynienia z tkanką łączną, mięśniami, powięzią, itd., które, jak się wydaje, mają zdolność gromadzenia pewnych informacji z sytemu nerwowego. Podczas praktyki jogi albo podczas masażu lub jakiejkolwiek terapii z ciałem informacje te ujawniają się. Może nie jako konkretne wspomnienia, jak to ma miejsce w mózgu, ale jako emocje lub różnego typu przeżycia psychiczne czy duchowe.
Mam z tym zresztą związane doświadczenie osobiste, o którym opowiadam często podczas warsztatów. Kiedy uczyliśmy się fizjoterapii, mówili nam, że w trakcie zabiegów pacjenci mogą doznać czegoś, co określano jako „uwolnienie emocji”, że to mogą być najróżniejsze reakcje: śmiech, płacz, gniew, różne wspomnienia. Na początku mojej praktyki fizjoterapeuty przez trzy lata nie spotkałem się z tym zjawiskiem. Zajmowałem się wtedy bardzo klinicznym typem terapii, nakierowanym na pracę z chronicznym bólem, która miała trochę mechanistyczny charakter. W tym czasie wpadła mi w rękę pewna książka poświęcona bezpośredniej pracy z tkanką łączną i już po kilku miesiącach stosowania tej metody zacząłem mieć pacjentów, którzy doświadczali takich „uwolnień emocji”. To była duża zmiana, zmiana wynikająca z mojego nastawienia i świadomego skupienia się na tej a nie innej części ciała. Teraz, kiedy słyszę o badaniu związków między tkanką łączną a energią, to choć mówimy tu o bardzo nieuchwytnych sprawach, myślę, że mogą być tu jakieś korelacje. Kiedy pracujemy z tkanką łączną, wpływamy na przepływy energii i wywołujemy reakcje emocjonalne.
Patrząc na tę samą kwestię z drugiego poziomu stwierdzamy, że podczas praktyki jogi dostarczamy naszemu systemowi nerwowemu bodźców na poziomie fizjologicznym, z braku lepszego określenia można powiedzieć, że poddajemy go treningowi. Stymulujemy wówczas nasz współczulny i przywspółczulny układ nerwowy. Kiedy praktykujemy pranajamy lub asany, choć w tym drugim przypadku jest trochę mniej badań, kiedy oddychamy, poruszamy się, ma to wpływ na rytm pracy serca, na pracę pozostałych organów, co z kolei wywiera wpływ na całą naszą fizyczność. Ponownie mówimy tu o rodzaju sprzężenia zwrotnego w doświadczaniu ciała na wielu różnych poziomach jednocześnie.
Dla mnie osobiście takie „uwolnienie emocji” nastąpiło, kiedy uczyłem się kurmasany. Nie miałem wrażenia uwolnienia się jakiegoś konkretnego wspomnienia, było to bardziej odczucie gotujących się emocji, jakiegoś strachu, przed którym chciałem uciekać. Chyba nauczyciel to zauważył, bo podszedł i po prostu docisnął mnie w tej pozycji. Następnego dnia doznanie to już zupełnie znikło. Nie wiem, czy to da się zakwalifikować jako „uwolnienie emocji”, ale zdecydowanie przez coś wtedy przeszedłem, coś za sobą zostawiłem. Czy to był strach? To stało się na samym początku mojej jogicznej praktyki, więc pewnie to był strach (śmiech).
Skoro praktyka jogi lub – szerzej – praca z ciałem może uwalniać gromadzone w ciele emocje i wspomnienia, to czy możliwe jest także, że takie stany kreuje?
DK: Zdecydowanie jest to możliwe. Praktyka jest skonstruowana w taki sposób, aby nie tyle usunąć negatywne rzeczy, chociaż mogą one się ujawniać i uwalniać, co wytwarzać, czy – jak mówisz – kreować stany i doświadczenia bardzo pozytywne, które zmieniają nas jako ludzi. To ważne rozróżnienie. Na Zachodzie próbujemy naprawiać coś, co jest zepsute. Na Wschodzie natomiast starają się wzmocnić to, co w nas pozytywne. Tam próbują kultywować pozytywność, a my staramy się ukrywać złe rzeczy albo jakoś je maskować.
Podczas wykładu mówiłeś trochę o jogicznych bandach i o tym, jak trudne do uchwycenia jest to zjawisko, jak nasze rozumienie band zmienia się w czasie, wraz z przebiegiem praktyki. Kiedy mówimy o bandach z anatomicznego punktu widzenia, często odwołujemy się do konkretnych grup mięśni, mówimy o ich napinaniu czy ściąganiu. Ale to chyba tylko część tego złożonego tematu?
DK: Opisywanie fenomenu band wyłącznie z anatomicznego punktu widzenia nie byłoby właściwe. Bandy są właściwie zjawiskiem energetycznym, które i tak już zanadto tłumaczymy na zachodnią modłę. Naturalnie w ten sposób łatwiej się nam do nich odnieść, więc to robimy. Problem w tym, że potem sami zaczynamy wierzyć w to, co mówimy – czyli, że są one po prostu napięciem pewnych mięśni. Mula banda nie jest równoznaczna z napięciem dna miednicy. To, że mamy napięte mięśnie w tym obszarze nie oznacza, że aktywowaliśmy mula bandę. Ważne jest, aby myśleć o poziomie mięśni, czyli poziomie namacalnym, jako swego rodzaju bodźcu stymulującym coś, co jest bardziej nieuchwytne. Czyli to praca mięśni jest sposobem na uaktywnienie mula banda, a nie celem samym w sobie. Podobnie sprawy się mają z uddijana bandą. Jeśli mielibyśmy mówić o tym z czysto anatomicznego punktu widzenia, dla mnie osobiście, mula banda to obszar mięśni dna miednicy, zaś uddijana banda to mięsień psoas, czyli biodrowo-lędźwiowy. Czyli aktywujemy mięśnie dna miednicy i to ma stymulować mula bandę. Wciągamy mięśnie brzucha i tworzymy przez to rodzaj napięcia w miejscu, gdzie powstaje uddijana banda.
Jeśli mielibyśmy spojrzeć na to z czysto funkcjonalnego punktu widzenia, mula banda tworzy stabilność, podobnie jak mięśnie tułowia, w tym psoas. Drugim wymiarem, którego poszukujemy podczas praktyki jest lekkość, łatwość i spójność, nawet swego rodzaju magia ruchu. To z kolei zawsze sprowadza się do zrozumienia roli mięśni tułowia i psoas jako funkcjonalnego ośrodka, który generuje siłę i ruch oraz przez który ruch przebiega. To właśnie poprzez to centralne miejsce górna część naszego ciała – głowa, dłonie, palce – połączone są z nogami i stopami. Większość ludzi wie, że powinna wzmocnić tę centralną grupę mięśni i nawet pracuje nad tym. Problem w tym, że utożsamiając je z jogicznymi bandami, nie uświadamiają sobie oni nawet ich czysto anatomicznej roli w ludzkim ciele. Dla kogoś, kto zajmuje się anatomią funkcjonalną i ma odrobinę wschodniego zrozumienia ciała jest to czymś zupełnie szokującym. To tak jakby podwójne oderwanie się od rzeczywistości.
Zostawmy zatem na chwilę odniesienia do anatomii. Spróbujmy jakoś zwizualizować sobie bandy. W końcu jeśli mamy coś aktywować, może będzie nam łatwiej, jak sobie to coś jakoś wyobrazimy. Jak wizualizujesz sobie bandy na swój osobisty użytek?
DK: W mojej wyobraźni muhla banda i uddijana banda zlewają się w jednym miejscu, które stanowi środek ciężkości ciała, znajdujący się w górnej części kości krzyżowej po jej przedniej stronie. Z czysto mechanicznej perspektywy, napięcie mięśni dna miednicy pociąga za sobą wciągnięcie brzucha i odwrotnie, bo tak właśnie mięśnie te działają – są wzajemnie powiązane w jednym układzie. Ten układ mięśni jest dla mnie fizycznym punktem odniesienia podczas praktyki. Oddycham przez to miejsce, generuję z niego ruch, podrzucam je w górę, kiedy robię wyskok. Zamiast nakazywać poszczególnym mięśniom jakiś ruch, staram się skupić na tym, co zamierzam zrobić i moje ciało porusza się w określonym kierunku. Jeśli chcę przejść kilka metrów, nie mówię przecież mięśniom czworogłowym, żeby zaczęły pracować, wystarczy jasny zamiar. To jest właśnie sposób na aktywowanie band. Nie znaczy to, że mięśnie nie pracują i nie pomagają, ale skupienie na bandach i na tym, co zamierzamy zrobić jest kluczowe. Oczywiście, podczas praktyki musimy koncentrować się na bardzo wielu rzeczach na raz. Często mówię moim uczniom – bez oddechu nie ma bandy. Bo oddech właśnie aktywuje bandy. Bez odpowiedniego oddechu prana nie płynie, bez kontrolowanego przepływu tej energii nie da się mówić o kontrolowaniu band. Co powiedziawszy muszę się zastrzec, że temat band jest dla mnie ciągle nie do końca rozpoznany. Nie chcę pozować na kogoś, kto w stu procentach wie, na czym polegają bandy.
Czyli uważasz raczej, że to odpowiedni oddech jest warunkiem aktywowania band? Czasem można się spotkać również z opinią, że jeśli trzymamy bandy, odpowiedni oddech sam się pojawia.
DK: Trzeba zadać sobie pytanie, co jest łatwiejsze. Czy łatwiej jest nauczyć się oddychać w określony sposób, czy odnaleźć drogę do aktywowanie band. Mnie osobiście łatwiej było opanować technikę oddychania, odpowiedniej pracy układu oddechowego, wydawania tego charakterystycznego dźwięku, niż wyobrazić sobie jakiś energetyczny układ, szczególnie, że przecież specjalizuję się w anatomii. To jest w ogóle trudny temat dla wielu nauczycieli. Czy mamy czuć bandy, czy raczej jest to rodzaj doświadczenia, a jeśli jest to rodzaj doświadczenia, na czym ono polega? Większość nauczycieli mówi uczniom po prostu, żeby trzymali bandy i na tym poprzestaje. Ale co to znaczy? Sposób doświadczania band jest różny, tak jak różne są sposoby opisywania tych doświadczeń. Naturalnie istnieje niezwykle silna korelacja między oddechem i bandami. Jeśli ktoś ma łatwość doświadczania rzeczy nienamacalnych, może łatwiej mu będzie zacząć od szukania band. Ale dla mnie punktem wyjścia był oddech. Trudno zresztą wyobrazić sobie kogoś praktykującego trzy miesiące, kto odnajduje bandy. Natomiast mogę sobie z łatwością wyobrazić kogoś początkującego, kto potrafi kontrolować oddech.
Podczas wykładu mówiłeś, że twoje rozumienie band zmieniało się w czasie. Czy miałeś taki moment w swojej praktyce, że z pewnością mogłeś powiedzieć: „tak, to jest właśnie to, teraz wreszcie wiem, o czym mówił mój nauczyciel”?
DK: Z całkowitą, stuprocentową pewnością? Nie, nigdy takiej pewności nie miałem. Szukanie bandy jest trochę takim niekończącym się poszukiwaniem. Ale mam nadzieję, że jestem na właściwej drodze. W przeciwnym razie kieruję moich uczniów na manowce (śmiech).
Oczywiście można na ten temat czytać, ale doświadczanie bandy czy stuprocentowa pewność, że to jest właśnie to doświadczenie, to zupełnie inna sprawa. Kiedy patrzę na moje poszukiwania, to był powolny proces zmian. Nie doświadczyłem takiego jednego momentu olśnienia, co nie znaczy, że komuś innemu nie może się on przydarzyć. Zawsze miałem tendencję do analizowania rozumowego, ale także praktykuję jogę, więc staram się łączyć tę intelektualną analizę z doświadczeniem na macie. Na początku. jak każdy, myślałem, że banda to po prostu wciąganie brzucha i napięcie dna miednicy. Ważnym momentem było dla mnie uświadomienie sobie związku bandy z oddechem. Jako początkujący jogin miałem tendencję do przesadnego napinania mięśni. Uświadomienie sobie roli oddechu pozwoliło mi trochę rozluźnić ciało. Oczywiście, podczas praktyki mięśnie mam ciągle aktywne, ale to rozluźnienie pozwoliło mi wejść w pozycje głębiej niż przedtem, a także ułatwiło pełniejsze skupienie, mocniejsze doświadczanie wewnętrznej praktyki. W jakimś sensie odpuściłem sobie skupienie na tym, co zewnętrzne. Naturalnie, ciągle jakaś część mojej uwagi skupiała się na tym, co mam zrobić, jak wykonać kolejne asany, ale większość poświęcona była już oddechowi, rozluźnieniu ciała oraz temu, co wewnętrzne i wyrażaniu tego w praktyce. To była znacząca zmiana – zewnętrzne wyrażanie tego, co wewnętrzne, a nie skupianie się wyłącznie na tym, co zewnętrzne. Następnym krokiem było uświadomienie sobie, że bandy to wyraz pewnej intencji umysłu, związanej w jakiś sposób ze świadomością, byciem tu i teraz. To ostatnie wiąże się z pewnością z tym, że zacząłem praktykować medytację trzy lata temu. W skrócie tak wyglądał ten proces w moim przypadku.
Może to trochę dziwne pytanie, ale czasem widzi się diagramy rozłożenia czakr w naszym ciele. Czy próbowałeś na swój użytek „narysować” sobie jakoś bandy?
DK: Bandę wyobrażam ją sobie jako coś w rodzaju małej kuli, choć nie robię tego podczas praktyki. Właściwie nie staram się w ogóle tak tego określać. Ale jeżeli miałbym narysować bandę, to byłoby to coś w rodzaju kuli wielkości piłki do golfa.
Wróćmy na chwilę do oddechu. Kiedy nasza praktyka staje się bardziej stabilna, zaczynamy uświadamiać sobie jego rolę. Te same asany wykonywane z odpowiednim oddechem odczuwamy zupełnie inaczej. W niektóre pozycje trudno nam nawet wejść bez odpowiedniego oddechu. Czy ten fenomen jogicznego oddechu da się jakoś wytłumaczyć z punku widzenia zachodniej fizjologii i anatomii?
DK:. Jogiczny oddech jest przejawem pewnego skupienia i wyjścia poza zwykłe myślenie. Kiedy utrzymujemy skupienie na oddechu, na bandach i jednocześnie na wykonywanych asanach, nie ma już miejsca na wątpliwości, strach lub zastanawianie się, czy jesteśmy w stanie coś zrobić, czy nie. Nie ma też miejsca na wszystkie problemy dnia codziennego. Pozostajemy tylko z praktyką i specyficznym ruchem naszego ciała. Kiedy tracimy oddech, dzieje się tak dlatego, że zaczynamy myśleć o czymś poza praktyką. Wtedy nagle nasze skupienie znika, cała energia się jakoś rozprasza, przestajemy być już w konkretnym miejscu i momencie. Podczas praktyki jogi, szczególnie podczas praktyki Ashtanga Jogi, robimy często rzeczy, o których wcześniej myśleliśmy, że są niemożliwe. Kiedy tracimy oddech i skupienie, znika także ta możliwość robienia rzeczy niezwykłych.
Oddychanie w określony sposób może stymulować lub wpływać na pewne procesy fizjologiczne. Przeprowadzano np. badania dotyczące relacji między oddechem a rytmem serca. Nie czuję się tu specjalistą, ale w naszym codziennym życiu mamy także doświadczenie wpływu oddechu na naszą fizjologię. Kiedy jesteśmy zestresowani czy przestraszeni i gdy bierzemy głęboki oddech, nasze ciało rozluźnia się. Wychodzimy wtedy ze schematu myślenia „walcz lub uciekaj”, który ujawnia się w stresie. Odpowiedni sposób oddychania ma znaczenie zresztą nie tylko w jodze. Dużą wagę do oddechu przywiązuje się także we wschodnich sportach walki, a nawet w tenisie. I ma to także anatomiczny sens. Przy wydechu napinają się pewne partie mięśni tułowia, co wpływa na siłę ruchu oraz uderzenia. Oczywiście podczas praktyki jogi zarówno wdech, jak i wydech są równie ważne.
Powiedziałeś, że dzięki jodze robimy czasem rzeczy, które wcześniej wydawały nam się niemożliwe, że przekraczamy nasze ograniczenia. Co jest źródłem tych ograniczeń?
DK: Źródłem naszych ograniczeń jest kultura świata, w jakim funkcjonujemy. Na przykład: jakie są nasze codzienne czynności, do jakiego typu ruchów przyzwyczaiło się nasze ciało. Niektórzy mówią: „ to nie jest naturalny ruch, to nienaturalna pozycja ciała”. A co jest naturalnym ruchem, co jest naturalną pozycją – tego już nikt nie jest w stanie zdefiniować. Czy ułożenie nadgarstka w kącie 90 stopni do ręki jest naturalne? Bez dodatkowego obciążenia może być trudne, ale konstrukcja naszego nadgarstka ruch taki umożliwia. Żeby się o tym przekonać, wystarczy poobserwować raczkujące dzieci. Czasem słyszymy także, że ludzie w pewnym wieku nie powinni robić tego czy tamtego. Albo, że taki rodzaj aktywności nie jest naturalny. Zawsze pytam: dlaczego? Czy kopanie piłki albo gra w tenisa są naturalne? Dodatkowo, te kulturowe ograniczenia są na Zachodzie wzmacniane przez argumenty naukowe, które tłumaczą świat w sposób mechanistyczny. I nie twierdzę, że naukowcy nie mają racji, ale często zapominają, że nasze ciało doskonale się adaptuje. Ograniczenia, o których mówię nie pochodzą jedynie ze świata zewnętrznego, z kultury, w której się wychowaliśmy, ale także z naszych osobistych przekonań o tym, co można, a czego nie można – czyli z naszej potrzeby bezpieczeństwa. I wcale nie chcę przez to sugerować, że poczucie bezpieczeństwa jest rzeczą nieistotną, ale może także stanowić ograniczenie.
Coś takiego jak joga wymyka się jednak ograniczeniom. Jak zaczynałem praktykować jogę, nie było w okolicy żadnej szkoły. W całym Miami była może jedna, a i tak nie miałem o tym zielonego pojęcia. Uczyłem się z książki i od mojego nauczyciela Tai Chi. Kiedy praktykowałem na zewnątrz, ludzie parzyli na mnie jak na wariata. Dzisiaj nie ma już z tym żadnego problemu. Hillary Clinton mówiła o jodze podczas konferencji prasowej transmitowanej przez ogólnokrajową telewizję. I być może zostanie kandydatem na prezydenta, który praktykuje jogę, albo przynajmniej wykonuje asany. To pokazuje, jaką drogę przeszliśmy w sensie znoszenia ograniczeń kulturowych. Z drugiej strony istnieją także ograniczenia mniej uchwytne, o charakterze psychologicznym czy mentalnościowym. Nawiązuje to do tego, o czym już mówiłem, do zachodniej skłonności szukania rzeczy negatywnych. Czasem po prostu tworzymy w głowie jakieś schematy i zaczynamy w nie wierzyć.

„Przełamywanie ograniczeń jest rzeczą cudowną”, David Keil podczas warsztatów w AYS, fot. Artur Wiśniewski
Jeżeli na Zachodzie praktyka jogi napotyka na tyle ograniczeń kulturowych lub mentalnych, to jak wytłumaczyć jej rosnącą popularność w naszym rejonie świata?
DK: Pewnie bierze się to z tego, że joga nie jest ława, a my lubimy wyzwania. Może także dlatego, że to my potrzebujemy jej bardziej. Nauczałem jogi także w Indiach, gdzie podczas zajęć mniej więcej 60 procent uczniów stanowili Hindusi, a pozostali byli mieszanką różnych kultur. Zauważyłem, że uczniowie wywodzący się ze Wschodu po prostu praktykują, w mniejszym stopniu przywiązując się do postępów czy efektów praktyki. Uczniowie pochodzący z Zachodu – przeciwnie. To także rodzaj naszego ograniczenia, które pomaga przezwyciężać nam joga.
Joga pomaga nam przezwyciężać nasze ograniczenia nie tylko na macie, bo przenosimy tę umiejętność także do codziennego życia. Na przykład wykonywanie drop-back-ów jest umiejętnością zaufania samemu sobie. Widzę często osoby próbujące wykonać drop-back, jak napinają się całe, jak na wierzch wychodzą ich emocje – niepokój i naturalny przy spadaniu do tyłu strach. I jest to strach na wielu poziomach – fizycznym i emocjonalnym. Ale kiedy uda im się to zrobić, czują w sobie siłę i przenoszą to także poza matę. Przełamywanie ograniczeń jest rzeczą cudowną.
Dziękuję Astanga Yoga Studio i Ewie Jaros za pomoc w realizacji wywiadu
Skoro już tu jesteś...
...mamy do Ciebie prośbę. Coraz więcej osób czyta artykuły na portalu Bosonamacie.pl, znajduje tu także informacje o ciekawych warsztatach i wyjazdach.
Nasz portal działa na zasadach non-profit, nie jest firmą, ale efektem pracy i zaangażowania grupy pasjonatów.
Chcemy, by nasz portal pozostał otwarty dla wszystkich czytelników, bez konieczności wprowadzania opłat za dostęp do treści.
Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą. Wesprzyj nas na Patronite! Nawet symboliczne 10 złotych miesięcznie pomoże nam tworzyć wartościowe treści i rozwijać portal.
Jeśli nasz artykuł był dla Ciebie pomocny, ciekawy lub po prostu lubisz to, co robimy – kliknij logo poniżej i dołącz do grona naszych patronów.
Każde wsparcie ma znaczenie. Dzięki Tobie możemy działać dalej!
Dziękujemy!