Praktyka
16/03/2017
Marie, moja była studentka Francuzka (i polonofilka) mieszkająca w Paryżu zapisała się na intensywny kurs języka polskiego. Jednymi z pierwszych wyrazów, których się nauczyła był karnister i ksiądz. W podręczniku znalazła się również czytanka o zakonnicy, która jechała pociągiem i ukradli jej laptopa, ale i tak był zepsuty, więc mała strata, a zakonnica się pośmiała…
Tak naprawdę to chciałam napisać o ważnych sprawach. O tym, że pakuję się na dwa miesiące do Nepalu i Indii. Że towarzyszy mi całe mnóstwo emocji, które – fakt – są nietrwałe i opadną, ale zanim to się stanie nieźle dają się we znaki. Chciałam napisać, że się boję, bo znowu jadę w nieznane, do tego sama, a wolałabym zakopać się pod kołdrą z moim ulubionym serialem na Netflixie. Że taki wyjazd wymaga dużych nakładów energetycznych, zdrowia, tułania się po guesthouse’ach, obcych łazienkach… Jeszcze nie wyjechałam, a już tęsknię za moimi uczniami. Tak bardzo po ludzku, ale zupełnie nie po buddyjsku czuję się do nich przywiązana. Szczególną odpowiedzialność czuję za zajęcia indywidualne. Obawiam się, że gdy wyjadę moi jogini nie będą ćwiczyć, nastąpi regres w praktyce, a gdy wrócę, będziemy potrzebowali sporo czasu, aby znaleźć się w miejscu, w którym jesteśmy obecnie… (mam nadzieję, że to czytają).
Myślałam też o tym, żeby opowiedzieć o tym, że prowadzenie zajęć wyzwala we mnie najlepszą wersję mnie. Że zachwyca mnie rytm ashtangi, to tętno, w które regularnie wchodzimy, życie. Gdy medytujemy lub patrzę, jak ludzie leżą na koniec w siavasanie…
Ale o tym wszystkim nie napiszę, bo zdarzyło się to, co się czasem przydarza. Czego nie da się wpisać w kalendarz, ani google docs. Ktoś zmarł. W bardzo zaawansowanym wieku spokojnie i pogodnie opuścił system. Widok ciała leżącego w ostatecznej siavasanie zawsze konfrontuje z czymś ważnym. Śmierć, ta dosłowna i symboliczna, jest rytuałem przejścia, któremu należy się uwaga. Przypomniały mi się rozmaite praktyki jogiczne i buddyjskie związane z umieraniem. Wielka tajemnica. W „Tybetańskiej księdze umarłych” jest mowa o tym, że po śmierci będą ukazywać się nam demony, a naszym zadaniem będzie rozpoznanie ich oświeconej natury. Demony te w żaden sposób nie będą przypominać stworzeń piekielnych w ujęciu chrześcijańskim, a będą manifestacjami naszych lęków, traum, pragnień i niezałatwionych spraw. I trzeba będzie się z nimi spotkać. W „Autobiografii jogina” wspomina się o parakaja pravesha, czyli jogicznej umiejętności wchodzenia własną duszą w ciało zmarłego.
Co będzie i kiedy będzie – nie wiadomo. Będzie na pewno. Na razie dobrze jest oswajać swoje demony, lęki, samotność, depresję, uzależnienia, niemożność… Na macie, w medytacji, w gabinetach psychologów. I na co dzień, i w podróży…

Ania Chomczyk
ania@bosonamacie.ple-mail: ania()bosonamacie.pl
Ćwiczę jogę od ponad 20 lat. Przez lata regularnie podróżowałam do Indii, aby poznawać ten niesamowity kraj oraz uczyć się jogi u źródła. Nadal kontynuuję moje jogiczne studia pod okiem najlepszych nauczycieli na świecie.
Studiowałam amerykanistykę na UW, a w 2016 r. na Uniwersytecie SWPS (kulturoznawstwo) obroniłam doktorat dotyczący jogi.
Pobieram lekcje klasycznego śpiewu Karnataki u Ranjini Koushik. Chętnie maluję i w styczniu 2021 r. zostałam certyfikowaną nauczycielką malarstwa intuicyjnego, Vedic art. Obecnie poszerzam moje kompetencje o terapię mięśni dna miednicy wg metody Bebo. Kocham Himalaje. Jestem mamą małego Felixa.
Joginka w podróży
Facebook: Joginka w podróży
Instagram: Joginka w podróży