Joginka w depresji
23/02/2017
Po co mam być w depresji, skoro mogę w niej nie być…
Tak, tak, zdarza się to również joginkom. Zdarza się nauczycielce jogi, na zajęcia której ludzie przychodzą min. po to, aby się lepiej poczuć. Bo asany, oddech, kupowanie maty oraz te wszystkie drobne rytuały związane z chodzeniem na jogę mają na celu jedno – chcemy być szczęśliwsi. I często nam się to udaje. Nie zmienia to faktu, że w ostatnim czasie moje samopoczucie i samoocena znalazły się na głebokości Rowu Mariańskiego. Mój wewnętrzny krytyk przejął władzę odgrywając swoją rolę wręcz oscarowo, z rzadko spotykanym natężeniem dramaturgii.
Używając młodzieżowej nomenklatury – wszystko było cienkie jak d… węża. Używając nomenklatury mojego pokolenia – dno i wodorosty. Poodwoływałam spotkania. Miałam smutną jasność, że w ostatecznym rozrachunku na mojego doła nie pomogła ani joga, ani błyskotliwy terapeuta, ani mnóstwo superludzi wokół, ani lunch z fajnym mężczyzną w jednym z najlepszych miejsc w mieście. No i szczyt zblazowania – odechciało mi się jechać do Paryża. Podróżowanie – cóż za udręka… Po co podróżować, skoro mogę siedzieć zdołowana w domu…? Po co mam pić espresso w kawiarni z widokiem na wieżę Eiffla lub tańczyć w Buddha Bar, skoro mogę chodzić w Białymstoku po domu w dresie…
No jednak z tym dresem zrobiło się śmiesznie… Pogratulowałam sobie wysoko rozwiniętych umiejętności autognębienia i pisania czarnych scenariuszy. Zamiast pozytywnych wpisów i artykułów na Bosonamacie powinnam raczej stworzyć podręcznik typu: „Dobij się sam w trzech prostych krokach” albo „DIY: Depresja dla początkujących i zaawansowanych”. Miejsce na półce z bestsellerami w Empiku gwarantowane i może wpadłby jeszcze jakiś Paszport Polityki. Następnie prowadziłabym autorskie warsztaty i seminaria tworząc w ten sposób swoją niszę na rynku.
Podobno wygenerowanie stanu szczęścia i nieszczęścia pochłania taką samą ilość energii. Czasem przychodzi taka chwila, że, jak ujęła to moja nauczycielka jogi z Londynu, you’re just sick and tired of being sick and tired. Że jak myślisz sobie, że przez znaczną część życia czułaś się nieudana i felerna, to jakoś tak tego życia i samej siebie robi się szkoda. Bo tak logicznie, na babski rozum – po co mam marnować czas będąc nieszczęśliwa, skoro mogę być szczęśliwa? Po co mam być w depresji, skoro mogę w niej nie być…
Przetransportowałam więc swoje zdołowane zwłoki na jogę, a następnego dnia rano jeszcze raz. Poćwiczyłam, pozbierałam energię. Odebrałam kilka sympatycznych telefonów od znajomych (tych, z którymi poodwoływałam), poszłam na ten lunch z tym fajnym, a potem imprezowałam do trzeciej z Eweliną, która ma na mnie dobry wpływ, i w ogóle dobrze, że jest. Miałam energię wstać w niedzielę rano, zrobić medytację i pranajamy, poprowadzić trzy zajęcia pod rząd czując, że wróciło we mnie życie i znowu jestem sobą. A potem spędzić fajny wieczór z Igą, która przyjechała z Warszawy tylko po to, aby się ze mną spotkać. Czasem trzeba tak konkretnie, twardo, po kobiecemu. Zrobić facepalm i się ogarnąć. Jak managerka swojego własnego życia. Bo po co mam być w depresji, skoro mogę w niej nie być…

Ania Chomczyk
ania@bosonamacie.ple-mail: ania()bosonamacie.pl
Ćwiczę jogę od ponad 20 lat. Przez lata regularnie podróżowałam do Indii, aby poznawać ten niesamowity kraj oraz uczyć się jogi u źródła. Nadal kontynuuję moje jogiczne studia pod okiem najlepszych nauczycieli na świecie.
Studiowałam amerykanistykę na UW, a w 2016 r. na Uniwersytecie SWPS (kulturoznawstwo) obroniłam doktorat dotyczący jogi.
Pobieram lekcje klasycznego śpiewu Karnataki u Ranjini Koushik. Chętnie maluję i w styczniu 2021 r. zostałam certyfikowaną nauczycielką malarstwa intuicyjnego, Vedic art. Obecnie poszerzam moje kompetencje o terapię mięśni dna miednicy wg metody Bebo. Kocham Himalaje. Jestem mamą małego Felixa.
Joginka w podróży
Facebook: Joginka w podróży
Instagram: Joginka w podróży