
Notatki z Mysore
Notatki z Mysore
Tłumaczenie: Kasia Babicz
Z założenia z rezerwą i niechęcią podchodzę do grup wzajemnej adoracji. Wydobywają z ludzi najgorsze cechy. Zabijają zdolność krytycznego myślenia, wymagają podporządkowania się uproszczonym konceptom. Mówiąc krótko – promują fundamentalizm. Z tych właśnie powodów nigdy nie chciałem do jakiejkolwiek z takich grup należeć.
Mysore – przestrzegano mnie – zdominowała rzekomo taka właśnie klika. Grupa ludzi szukających akceptacji i przynależności do dominującej struktury „wtajemniczonych”. Podążając za swoim liderem z niemal religijnym oddaniem, odmawiają racji uczenia się od jakiegokolwiek innego nauczyciela tej dyscypliny, nie zważając na jego wiek i doświadczenie.
Nasłuchawszy się takich opinii, można wyrobić sobie nieprzychylne zdanie na temat Mysore. Jednocześnie jednak widziałem podobną tendencję formującą się „po drugiej stronie” – wśród outsiderów często określających się mianem zwolenników starej szkoły i roszczących sobie prawo do wiedzy, czym system Ashtanga Vinyasa jest w rzeczywistości i na czym oryginalnie polega. A przy całym moim dystansie do ortodoksyjnych grup, zdecydowanie nie chciałem opowiadać się po żadnej ze stron.
Jako, że sam nigdy nie byłem w Mysore, starałem się zachować otwartość umysłu. Prawda nigdy nie jest tak jednoznaczna, jak starają się przedstawić ją fanatycy. Nie spieszyło mi się jednak, by zweryfikować krążące opinie i pojechać tam osobiście. Miałem wrażenie, że zbyt wiele tam napięć, by miejsce to sprzyjało praktyce. Poza tym, chwaliłem sobie cieszę i spokój panujące w Górach Skalistych, gdzie praktykowałem pod okiem Richarda Freemana.
Jednakże po tym jak w 2015 roku przejąłem kierownictwo w Yoga Workshop, znalazłem nowy powód, by odwiedzić Mysore. Nie chodziło o mnie, a raczej o solidarność. A przez solidarność rozumiem poczucie wspólnoty.
Naturalną koleją rzeczy, osoby nastawione sceptycznie do Mysore najczęściej gromadzą się wokół nauczycieli o większym doświadczeniu, bezpośrednich uczniów Gurujiego, takich jak Richard. Tak więc i w Boulder można napotkać na silne przywiązania i pewne uprzedzenia. A jako nowy dyrektor i spadkobierca Yoga Workshop czułem się odpowiedzialny, by wystąpić przeciw wszelkim tendencjom do formowania się klik, w każdej sytuacji. Takie postawy po prostu nie sprzyjają jodze.
Pojechałem więc do Mysore. Pojechałem doświadczyć tego, co się tam dzieje – stać się częścią wydarzeń. Pojechałem, ponieważ w głębi duszy czułem, czy mi się to podobało czy nie, że coś mnie łączy z ludźmi, którzy tam ciągną. Pojechałem starając się zachować otwartość umysłu, spodziewając się jednak, że natrafię na ścianę osławionego negatywnego, zamkniętego podejścia mysorskiej elity, o którym tyle nasłuchałem się od osób sceptycznie podchodzących do pobierania tam nauk. A spędziwszy w Mysore miesiąc, spieszę donieść, że nie zrealizowały się żadne z moich obaw.
Zawistni ludzie rozpychający się łokciami i rzucający pogardliwe spojrzenia nowicjuszom zmagającym się z pierwszą serią gdzieś się pochowali. Nigdy nie spotkałem się z żadną hierarchią opartą na stopniu zaawansowania, nikt też nigdy nie zapytał mnie, którą serię czy asanę robię. Co więcej, nie spotkałem się z osławioną agresją z jaką rzekomo się tu praktykuje. I nie trafiłem też ani razu na grubiańskiego, zarozumiałego czy niewprawnego asystenta.
Przeciwnie, otaczali mnie troskliwi, delikatni i szczerzy ludzie, którzy przyjeżdżają tu z miłości do jogi, wspierają i szanują się nawzajem, nie przywiązując uwagi do tego, co dokładnie robisz na macie. Panuje poczucie równości, poniekąd promowane z góry. Najlepiej obrazuje to codzienny widok wszystkich studentów czekających na schodach, by wspólnie odbyć praktykę. Doświadczyłem też wspaniałej, niewyczerpanej potrzeby zgłębiania wiedzy i chęci nauki, które zaowocowały jednymi z najciekawszych dyskusji o jodze, w jakich miałem okazję brać udział. Ludzie przyjeżdżają tu by się uczyć, a nauka wymaga krytycznego myślenia, dlatego gdziekolwiek spojrzysz – na ulicy, na stoisku z kokosami, w kawiarniach – ludzie są prawdziwie i szczerze zaangażowani i rozmawiają o jodze.
A co do samej praktyki – nie mogło być lepiej. Tak, jest gorąco i tłoczno. Tak, trzeba długo czekać, by wejść do Shali. Tyle tylko, że to nie ma żadnego znaczenia. Jest tu tyle tapasu, tyle skupienia, tyle energii. Spokojnie można się zatracić. Bez różnicy, którą serię praktykujesz i tak doświadczenie jest przejmujące. Styl nauczania Sharatha nie zakłada dawania licznych korekt. Proces ma zachodzić naturalnie, w własnym tempie i stosownym czasie, bez zbędnych interwencji… Dokładnie tak jak jestem przyzwyczajony praktykując z Richardem.
Zawsze będę uważał Richarda za swojego nauczyciela. To czego mnie nauczył na dobre zmieniło moje życie, a wiem, że to dopiero przedsmak tego, co ma do zaoferowania. Nieustannie staram się pracować, by zasłużyć na jego dalsze nauki. Ale Richard nie jest dla mnie jedynym nauczycielem – nigdy też nie starał się na takiego pozować. Zachęca wszystkich swoich uczniów do dalszych poszukiwań i do czerpania z wiedzy innych. Joga jest dziedziną niezmiernie szeroką – powtarza – a jeśli chcesz uczyć się wyłącznie od jednej osoby, sam nakładasz na siebie ograniczenia. Sharath z drugiej strony często podkreśla wagę podążania za jednym nauczycielem, stąd obawiałem się, że moje zaplecze może być problematyczne. Kiedy przyjechałem, Sharath przyznał, że wie kim jestem. „Tak, a więc to ty prowadzisz teraz Shalę Richarda” – powiedział. Po czym uśmiechnął się i całe napięcie zniknęło. Jasno dał do zrozumienia, że ceni i szanuje mojego nauczyciela i że cieszy się, że zdecydowałem się na przyjazd i praktykę pod jego okiem. Natychmiast poczułem wielką sympatię i ulgę.
Zrozumiałem, że gdy Sharath nalega na podążanie za jednym nauczycielem, nie mówi tego dosłownie. Nie twierdzi, że powinniśmy unikać uczenia się od innych. Takie podejście nie miałoby sensu. Chodzi natomiast o to, by nie mieszać metod. Gdy łączymy metody, pozbawiamy się potencjalnych korzyści płynących z podążania określoną ścieżką. Tak to rozumiem. I moim zdaniem – jest to ze wszech miar uzasadnione.
Choć Richard i Sharath reprezentują inne podejście do nauczania, nie widzę żadnych zasadniczych różnic w metodach jakie stosują. Uczą tego samego – metody Ashtanga Vinyasa, tak jak nauczyli się od swojego guru, Sri K. Pattabhiego Joisa. W Mysore praktykowałem w sposób, którego nauczył mnie Richard – zachowując tak samo otwartą postawę, identyczne rozciągnięcie ramion, to samo wolne tempo, ten sam stopień uwagi poświęcony ustawieniom – a to spotkało się z pełną aprobatą Sharatha. Może niektóre asany i sposób wykonywania ruchów różniły się nieco od prezentowanych przez jego uczniów, ale esencja pozostaje ta sama. A to właśnie najistotniejsze dla młodego Joisa.
Przepełnia mnie wdzięczność, że mam szanse studiować zarówno u Richarda jak i u Sharatha. To bez wątpienia dwóch najlepszych nauczycieli we współczesnym świecie Ashtangi. Jestem też pewien, że nie zrobiłem nic, by zasłużyć na ich uwagę. Co więcej, jestem pod ważeniem poczucia wspólnoty jakie panuje w Mysore. Wzmacnia jedynie moją wiarę w potencjał tej praktyki.
Moje obawy o postawy charakterystyczne dla grup wzajemnej adoracji odeszły w zapomnienie. Mogę się jedynie uśmiechnąć pod nosem, na myśl, że w ogóle takowe żywiłem. Zamiast tego odnalazłem tu pokorę, radość, ciepło i zrozumienie panujące wśród studentów – wszystkie znaki pokazujące, że praktyka działa.
Ze swojej strony życzę sobie, by nasza społeczność nadal praktykowała wspólnie, uczyła się od siebie, razem rosła w wiedzę – bez nakładania dalszych ograniczeń i złudnych, sztucznych, nieistniejących podziałów. Nie ma potrzeby udawać, że dzielimy się na insiderów i outsiderów, czy na nową i starą szkołę. Nie ma czegoś takiego jak nowa i stara szkoła. Jest tylko jedna prawda. Bez względu na nasze zróżnicowane zaplecze, szukamy tej samej prawdy, a jeśli podtrzymamy trwałe poczucie wspólnoty, znajdziemy się znacznie bliżej realizacji tego celu.
* * *
Autor, Ty Landrum, jest dyrektorem Yoga Workshop w Boulder, w stanie Kolorado. Uczy Ashtanga Vinyasa Jogi w sposób, jaki przekazali mu jego nauczyciele – Mary Taylor i Richard Freeman. Ashtangę praktykuje od 2005 roku. Metodę tą poznał dzięki Jennifer Taylor z Ashtanga Yoga Charlottesville, gdzie praktykował przez 7 lat. W 2012 roku, po obronie doktoratu w dziedzinie filozofii na Uniwersytecie Virginia, Ty przeniósł się do Bulder, by kontynuować naukę u Mary i Richarda. Od tamtego momentu, pod okiem swoich nauczycieli, stale uczy się niewypowiedzianie pięknych rzeczy o sztuce jogi. W 2015 roku, Mary i Richard zaproponowali, by przyjął posadę dyrektora Yoga Workshop i kontynuował ich pracę.
Skoro już tu jesteś...
...mamy do Ciebie prośbę. Coraz więcej osób czyta artykuły na portalu Bosonamacie.pl, znajduje tu także informacje o ciekawych warsztatach i wyjazdach.
Nasz portal działa na zasadach non-profit, nie jest firmą, ale efektem pracy i zaangażowania grupy pasjonatów.
Chcemy, by nasz portal pozostał otwarty dla wszystkich czytelników, bez konieczności wprowadzania opłat za dostęp do treści.
Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą. Wesprzyj nas na Patronite! Nawet symboliczne 10 złotych miesięcznie pomoże nam tworzyć wartościowe treści i rozwijać portal.
Jeśli nasz artykuł był dla Ciebie pomocny, ciekawy lub po prostu lubisz to, co robimy – kliknij logo poniżej i dołącz do grona naszych patronów.
Każde wsparcie ma znaczenie. Dzięki Tobie możemy działać dalej!
Dziękujemy!