Mata do jogi
8/06/2017
Mam nową matę do jogi. W zasadzie jest to identyczna mata, jaką już miałam. Ta poprzednia zaginęła w lotniskowo-powietrznej przestrzeni indyjskich linii lotniczych, które, jak na Indian quality przystało, nie zaakceptowały mojej reklamacji. A szkoda, bo była ze mną w Mysore i została obficie ochrzczona moim (i nie tylko) potem, który hektolitrami lał się i skraplał po shali. To na niej Sharath robił mi drop-backi. Musiała być bardzo cenna.
Identyczna reinkarnacja poprzedniej maty leży teraz w centralnym miejscu w salonie i mam ją na oku. Mata do jogi zawsze kojarzyła mi się z upgradem w praktyce. Podobnie jak mala, która pęka, gdy już przerobimy daną praktykę i przychodzi czas na następną, bardziej zaawansowaną. Mata jest zagadką, to na niej będę wchodziła pięć, a czasem sześć razy w tygodniu oddychając, mierząc się ze swoim ciałem, trzymając w ostrzejszych lub luźniejszych ryzach mój poziom koncentracji i drishti. Stanie się jednym z najczęściej używanych przeze mnie przedmiotów, będzie jeździła ze mną na warsztaty i do Mysore też ją zabiorę.
A ponieważ nie istnieje różnica pomiędzy praktyką jogi, a taką szeroko pojętą praktyką jaką jest samo życie, mata stanie się przestrzenią, gdzie będę poznawała samą siebie jeszcze lepiej i za każdym razem od nowa. Z nawykami, lenistwem, lękiem, że np. zabiję się w karandavasanie, powybijam zęby w bhujapidasanie (w pierwszym roku ćwiczenia Ashtangi upadłam na twarz ), że nie mam wystarczająco siły na te wymyślne vinyasy w II serii, a Kino jakoś je robi, filmuje i wrzuca na youtube… Moje terytorium, mój pot i moje bakterie. Prezes banku nie może jeździć maluchem, i tak samo nauczyciel jogi musi mieć swojego „kauczukowego” mercedesa. Mój jest grafitowo-szary.
Praktyka ma sprawiać przyjemność. Nie ćwiczę w żadnym określonym celu. Nie ma miejsca, gdzie chciałabym dojść. Ale jednak dalej idę, wstaję rano, piję małą kawkę, ostropest lub czystek, biorę prysznic i OM – na matę! Pomimo, że praktyka jest stała – nigdy nie jest identyczna. Mata żyje swoim życiem. Na tym skrawku gumy coś mi się uda, a coś mi się nie uda. Pewnie zdarzy się jakaś kontuzja, bo nie zawsze jestem skupiona. Mata, symboliczna metaprzestrzeń, jak otwarte drzwi do przyjaznej dla mnie rzeczywistości, gdzie mogę wejść, bo jest mi akurat zajefajnie w życiu, albo wtedy, kiedy żyć nie chce mi się zupełnie. Narzucam sobie dobrowolną dyscyplinę, mogę przerwać praktykę, po prostu się położyć i pozwolić, aby to, mi nie służy umarło razem ze mną w siawasanie.
O tym jak ważna jest mata na swoim blogu pisała Ania Krachało, a Agnieszka Passendorfer w książce „13 lekcji jogi.” To tu ma miejsce cały alchemiczny proces. Jak każda reakcja chemiczna – wymaga pewnej przepychanki. Coś musi się skroplić i odparować, niektóre elementy się naturalnie połączą i pojawi się przepływ, a coś innego okaże się trudne i będzie wymagało uwagi i wysiłku. Asana-oddech-pozycja ciała-wzrok-bandha. Jogi nie da się udawać, praktyka wyciąga na powierzchnię naszą prawdziwą naturę. Niecierpliwość, pokusa żeby się popisać, smutek, potrzeba bycia docenioną i zauważoną… Wchodzę na matę, stosuję się do pewnego przepisu, który wiem, że działa, wyrównuję ciało w asanach, ustawiam biodra, dbam o dolne plecy…
Energii, którą daje Ashtanga nie da się udawać. Albo ją masz, bo masz praktykę, albo nie. Muzułmanie na swoich dywanikach zwracają się w stronę Mekki i jeśli się to zrozumie, jest to zawsze piękne. Jogini rozkładają matę i również zawierzają (swadhjaja), szanując swoją praktykę i w pewnym sensie, modląc się całym ciałem.
Jutro Moonday. Moja mata również odpoczywa.

Ania Chomczyk
ania@bosonamacie.ple-mail: ania()bosonamacie.pl
Ćwiczę jogę od ponad 20 lat. Przez lata regularnie podróżowałam do Indii, aby poznawać ten niesamowity kraj oraz uczyć się jogi u źródła. Nadal kontynuuję moje jogiczne studia pod okiem najlepszych nauczycieli na świecie.
Studiowałam amerykanistykę na UW, a w 2016 r. na Uniwersytecie SWPS (kulturoznawstwo) obroniłam doktorat dotyczący jogi.
Pobieram lekcje klasycznego śpiewu Karnataki u Ranjini Koushik. Chętnie maluję i w styczniu 2021 r. zostałam certyfikowaną nauczycielką malarstwa intuicyjnego, Vedic art. Obecnie poszerzam moje kompetencje o terapię mięśni dna miednicy wg metody Bebo. Kocham Himalaje. Jestem mamą małego Felixa.
Joginka w podróży
Facebook: Joginka w podróży
Instagram: Joginka w podróży