
Smakowanie trucizny
„Prawda jest prosta, niewiedza przybiera wiele form” – Sokrates
W tradycji Asztanga Jogi praktyka uważana jest za odtrutkę trucizny warunkowego istnienia. Według nauk Sri K. Pattabhi Jois’a, trucizna ta manifestować może się na sześć sposobów – jako: pożądanie, gniew, złudzenie, chciwość, zawiść i lenistwo (kama, krodha, moha, lobha, matsarya oraz mada). Tak właśnie przejawia się niewiedza, która łudzi zmysły i deformuje nasze postrzeganie świata.
Trucizny te nie są dla praktykujących Asztangę niczym nowym. Mamy z nimi do czynienia w najmniej odpowiednich sytuacjach, zaburzają one nasze schematy poznawcze, rozpraszają skupienie, spychają nas w niższe stany świadomości. Podczas praktyki trucizny te stają się oczywiste, bo towarzyszą im zwykle stany napięcia, w których trudno pozostawać wygodnie w danej pozycji.
Wielu z nas uznaje trucizny te za przeszkody w praktyce, za coś czego chętnie byśmy się pozbyli. Jest to jak najbardziej zrozumiałe. Skoro praktykujemy szukając ukojenia od udręk umysłu, stan uspokojenia jest naturalnym punktem odniesienia, według którego oceniamy naszą praktykę. Jak mówił Pattabhi Jois: „Kiedy umysł jest spokojny, asana jest prawidłowa”. Gdy więc zatrute myśli lub odczucia pojawiają się w naszej świadomości, często ogarnia nas zniechęcenie, niecierpliwość, nadpobudliwość, wstyd czy upokorzenie, zrywa się wówczas także delikatna nić naszego oddechu. Zarzucamy sobie wtedy, że praktyka „nie udała się”.
Trucizny te to nie tylko objawy zwykłego braku skupienia. Przeciwnie, wzbogacają one praktykę o coś zasadniczego, bez czego nie byłaby ona tak odkrywcza, fascynująca i silna.
W Jogasutrach Patandźali twierdzi, że w jodze istnieją dwa elementy – abhjasa oraz wajragja, ćwiczenie i bezpragnieniowość (1). Te dwa elementy wzajemnie się wspomagają i są od siebie zależne. Osiem członów Asztangi to właśnie abhjasa, natomiast należy je praktykować z wajragją, bezpragnieniowo. Czyli ze spokojem i samokontrolą, bez przywiązania do rezultatów i z pełnym otwarciem na cokolwiek z tej praktyki by wynikało.
Praktykowanie Asztangi jest szczególnie dobrą okazją, aby pielęgnować bezpragnieniowość, właśnie dlatego, że wydobywa ona owe sześć trucizn na powierzchnię, ujawniając wszystkie zatrute myśli i uczucia, które kłębią się w naszej głowie. Bezpragnieniowość pozwala nam przyjmować je ze spokojem i opanowaniem, bez reakcji emocjonalnej. Asztanga opiera się na założeniu, że jeżeli pozwolimy truciznom tym się ujawnić i potrafimy zatrzymać je w naszej świadomości, nie broniąc się przed nimi ani im nie ulegając, z wolna utracą swą moc. Innymi słowy, zmniejszy się ich wpływ na nasz umysł, dzięki czemu nasze myślenie nabierze lekkości. A zatem zgodnie z tradycją Asztangi, możemy zneutralizować działanie tych sześciu trucizn bez ich uprzedniego próbowania. Koncepcję tę ilustruje mityczna historia o bogach i demonach, którzy ongiś wspólnie wzburzyli wody kosmicznego oceanu, aby pozyskać armitę – nektar nieśmiertelności. Pierwszą substancją, która pojawiła się wówczas na powierzchni wzburzonych wód był gęsty, zgniły osad, pełen obrzydliwych, zdeformowanych stworzeń.
Przepełnieni odrazą bogowie i demony padli na ziemię w konwulsjach, jęcząc głośno. Widok ten był tak odstręczający, że nie mogli kontynuować swego dzieła i nie wiedzieli, co począć dalej. Na brzegu oceanu objawił się wówczas Sziwa, patron jogi. Zagarnął dłońmi zgniły osad, uniósł go do ust i powoli wypił. Nie połknął go jednak, lecz pozwolił mu pozostać w krtani, gdzie trucizna zaczęła ulegać unieszkodliwieniu, barwiąc jednak boskie gardło na jasnoniebiesko.
Ta mityczna historia stanowi metaforę dla naszej praktyki. Kiedy ją zaczynamy, wzburzeniu ulegają nasze umysły i jako pierwsza pojawia się trucizna warunkowego istnienia. W tym procesie poszukiwania jest to chwila kluczowa i nieunikniona, wszystko zależy od tego, jak na nią zareagujemy. Podobnie jak Sziwa zebrał osad z kosmicznego oceanu i zatrzymał go w krtani, musimy wysączyć owe sześć trucizn naszego umysłu i zatrzymać je w ustach, nie połykając ani nie wypluwając. Innymi słowy, ze świadomością przepełnioną współczuciem, bez pobłażliwości, ale także bez oporu, musimy pozwolić pojawić się różnym odmianom tych trucizn, by zmieniły swą postać i uległy rozpuszczeniu.
Na tym polega wewnętrzna praktyka Asztangi Jogi. Jest to bowiem praktyka współczucia i otwartości na to, co jest. Wymaga niemożliwej współpracy miedzy tym, co w nas boskie i demoniczne, a więc najpiękniejszych i najbardziej odrażających elementów naszego umysłu, które – wbrew naszemu wyobrażaniu o nas samych – blisko się z sobą łączą. Aby ujawnić nam nasze prawdziwe ja, siły te muszą współpracować. Kiedy zaś ich istnienie staje się oczywiste, praktyka wymaga od nas, byśmy z troską, choć beznamiętnie, zaakceptowali ich współzależność, bo tylko w ten sposób możemy poznać prawdę o sobie, nie przywiązując się ani też nie odrzucając żadnego z elementów naszej istoty.
Dzięki takiej praktyce łatwiej nam rozpoznać trujące myśli i uczucia i powstrzymać się od narzucających się reakcji na nie. Im bardziej zaś powstrzymujemy się z reagowaniem, tym bardziej trucizny te tracą swą moc. Stopniowo kruszy się budowana przez nie struktura naszego ego, a w naszym umyśle pojawia się przestrzeń na refleksję. Dzięki temu zaczynamy widzieć siebie i innych ludzi takimi, jakimi jesteśmy, doceniamy intymną naturę naszych wzajemnych relacji, czując się bliżej innych i bardziej z nimi związani niż kiedykolwiek wcześniej. Wówczas zaczyna płynąć w nas nagle owa armita, czy nektar jogi, a nasz umysł i zmysły przepełnione są współczuciem i w pełni otwarte na rzeczywistość.
A więc, w pewnym sensie, praktyka ma boleć. Jej celem jest zadanie ran naszej dumie, urażenie naszej próżności. Ma kłuć nas kolcem naszej własnej zazdrości i uprzedzeń, odsłaniając lęki i niepokoje. I zupełnie nie zakłóca to praktyki, a wręcz przeciwnie, stanowi jej materialną podstawę. Kiedy zdajemy sobie z tego sprawę, gdy zaczynamy śledzić jak wpływa to na nasze myśli i odczucia, rozpoczyna się prawdziwa refleksja nad stanem naszego umysłu, refleksja, dzięki której możemy z wolna rozpoznawać uwarunkowania naszego istnienia.
A zatem zamiast łudzić się nadzieją „dobrej praktyki”, podczas której nie napotykamy żadnych przeszkód, powinniśmy zaakceptować przeszkody jako integralną jej część. Kiedy zaś w ustach poczujemy smak trucizny, powinniśmy przyjąć to z wdzięcznością i uznać za dobrą okazję do skosztowania naszego człowieczeństwa i współczującego obcowania z samym sobą.
- Przekład za Leon Cyboran, „Klasyczna joga indyjska. Jogasutry przypisywane Patandźalemu” (przyp. tłum.)
Autor: Ty Landrum
Tłumaczenie: Marek Łaskawiec
Ty Landrum – dyrektor „Yoga Workshop” w Boulder, w stanie Kolorado (USA). Uczy Asztanga Vinyasa Jogi zgodnie z naukami swoich nauczycieli, Mary Taylor i Richarda Freemana. Jako doktor nauk filozoficznych posiada wyjątkowy dar barwnego i jasnego tłumaczenia teorii jogi. Z entuzjazmem dzieli się bogactwem jogi z każdym, kto ma ochotę się uczuć. Więcej jego przemyśleń można przeczytać na www.tylandrum.com
Skoro już tu jesteś...
...mamy do Ciebie prośbę. Coraz więcej osób czyta artykuły na portalu Bosonamacie.pl, znajduje tu także informacje o ciekawych warsztatach i wyjazdach.
Nasz portal działa na zasadach non-profit, nie jest firmą, ale efektem pracy i zaangażowania grupy pasjonatów.
Chcemy, by nasz portal pozostał otwarty dla wszystkich czytelników, bez konieczności wprowadzania opłat za dostęp do treści.
Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą. Wesprzyj nas na Patronite! Nawet symboliczne 10 złotych miesięcznie pomoże nam tworzyć wartościowe treści i rozwijać portal.
Jeśli nasz artykuł był dla Ciebie pomocny, ciekawy lub po prostu lubisz to, co robimy – kliknij logo poniżej i dołącz do grona naszych patronów.
Każde wsparcie ma znaczenie. Dzięki Tobie możemy działać dalej!
Dziękujemy!