
Rozmowa z Krystianem Mesjaszem
Rozmowa z Krystianem Mesjaszem
Wszyscy, którzy Krystiana znają – go kochają. Mówię to od lat i nadal nie zmieniłam zdania. Znamy się od dawna, Krystian zawsze był wspaniałym przyjacielem i wspaniałym nauczycielem jogi. Z ciekawością obserwowałam jego jogową drogę, a jego życie rodzinne jest najlepszym dowodem, że ścieżka duchowa może pięknie wspierać codzienne życie. Znasz już Krystiana? Poznasz go (lub poznasz go lepiej) w naszej rozmowie!
Ania Chomczyk: Jak rozpoczęła się twoja przygoda z jogą?
Moja droga do jogi nie zaczęła się od jakiegoś idealnego planu pracy nad sobą. Już wcześniej interesowałem się różnymi nurtami duchowości, filozofii i sposobami zrozumienia samego siebie, ale moje pierwsze spotkanie z jogą było właściwie czystym przypadkiem. Trafiłem na nią w ramach zajęć wychowania fizycznego na studiach.
Poznałem wtedy nauczycielkę Elę, która mimo swoich siedemdziesięciu lat tryskała energią i zdrowiem. Była bardziej sprawna niż ja jako dwudziestolatek. Pamiętam, jak z kolegami w szatni podśmiewaliśmy się z instrukcji typu „zamykamy odbyciki”. Koncepcja bandh była dla mnie wtedy kompletnie niezrozumiała.
A jednak coś mnie przy tej praktyce zatrzymało. Może dlatego, że szybko załapałem stanie na głowie czego nikt w żadnej grupie nie potrafił. Mówiłem wtedy do siebie „nieźle wymiatasz, nie?”. Poszedłem na kolejny fakultet, potem na następny, aż w końcu zdecydowałem się zapisać do szkoły jogi prowadzonej przez Małgorzatę Madej. Dopiero tam dowiedziałem się, że jest to szkoła według metody Iyengara, choć szczerze mówiąc, wtedy nie miało to dla mnie większego znaczenia. Myślałem, że joga to joga. W tej metodzie wytrwałem siedem lat i do dziś bardzo ją cenię.
Z ciekawości zacząłem też szukać informacji w internecie. To były czasy piracenia i torrentów. Ponad 20 lat temu YouTube jeszcze właściwie nie istniał. Ściągałem różne stare nagrania z lat 80. i 90. i ze zdziwieniem odkrywałem, że ludzie praktykują na nich zupełnie inaczej niż to, czego się uczyłem. To otworzyło we mnie ogromną ciekawość.
Na początku joga była dla mnie przede wszystkim praktyką ciała – ruchem, oddechem i pewną formą dyscypliny. Dopiero z czasem zacząłem odkrywać, że za tym wszystkim kryje się coś znacznie głębszego. Praktyka zaczęła stopniowo zmieniać sposób, w jaki patrzę na siebie, na relacje i na świat.
Dziś widzę, że joga nie była dla mnie tylko kolejną metodą rozwoju. Raczej stała się drogą powrotu do czegoś bardzo prostego i pierwotnego. Do obecności, do uważności i do doświadczenia jedności, o której mówią różne tradycje duchowe.
Przez wiele lat twoją drogą była ashtanga vinyasa joga…
Tak jak wspomniałem, byłem bardzo zdziwiony tym, co jogini wyprawiali na starych nagraniach, które znajdowałem w internecie. Próbowałem powtarzać to, co robili David Swenson, Richard Freeman czy John Scott. Frustrowało mnie to trochę, bo wszystko nazywało się „seria podstawowa”, a ja po kilku latach praktyki nie potrafiłem zrobić wielu rzeczy, które oni wykonywali z taką lekkością.
Właśnie wtedy odkryłem Ashtanga Vinyasa Yogę. Na początku przyciągnęła mnie jej intensywność i klarowna struktura. Sekwencja była stała, praktyka wymagała systematyczności i zaangażowania. Z czasem zrozumiałem jednak, że jej prawdziwa wartość nie polega na trudności pozycji, ale na procesie, który dzieje się w trakcie regularnej praktyki.
Pamiętam też pewną historię z tamtego czasu. Znajomy zabrał mnie kiedyś na I serię prowadzoną do Pawła Jarnickiego. Zrobiłem całą, bo już w miarę ją ogarniałem. Po zajęciach Paweł podszedł do mnie, a widzieliśmy się pierwszy raz, i zapytał, u kogo praktykuję. Zaśmiałem się i odpowiedziałem, że u Davida Swensona, bo to jego nagranie najbardziej mi się spodobało pod względem tempa praktyki i sposobu prowadzenia.
Od tego momentu zaczęły się wyjazdy na warsztaty, ale z czasem poczułem, że chcę pojechać do Mysore i zanurzyć się w praktyce u źródła. Przez dziewięć lat, co sezon, jeździłem tam do Sharatha Joisa. To był jedyny nauczyciel, u którego spędziłem tak dużo czasu. W sumie moja przygoda z Ashtangą trwała około dwunastu lat.
Ashtanga uczy pokory. Codziennie spotykasz się z tym samym zestawem asan, z tym samym ciałem i z tym samym umysłem, który każdego dnia jest trochę inny. Ta powtarzalność sprawia, że zaczynasz widzieć siebie znacznie wyraźniej: swoje napięcia, ambicje, przywiązania, ale też momenty lekkości i przepływu.
Z czasem praktyka przestała być walką o kolejne pozycje. Stała się bardziej dialogiem z ciałem, oddechem i własną uwagą. Właśnie w tym sensie Ashtanga była dla mnie przez wiele lat niezwykle ważną drogą. Nie tylko jako metoda pracy z ciałem, ale jako narzędzie poznawania samego siebie. I jestem bardzo wdzięczny, że mogłem ją poznać.
Jak to się stało, że zainteresowałeś się systemem vinyasa krama?
Po wielu latach praktyki Ashtangi zacząłem odczuwać, że choć metoda daje ogromną siłę i strukturę, to jednocześnie moje ciało i moja praktyka zaczynają potrzebować trochę więcej przestrzeni. Ashtanga jest bardzo precyzyjnym systemem. Sekwencje są ustalone, a praktyka opiera się na powtarzalności. Dla wielu osób to ogromna wartość, ale z czasem zacząłem zadawać sobie pytanie, czy istnieje sposób pracy z vinyasą, który pozwala zachować jej dynamikę i logikę, a jednocześnie daje więcej elastyczności.
Zawsze byłem trochę ashtangowym heretykiem. Ucząc, starałem się dostosowywać sekwencje do uczniów, a nie wpychać ich w sztywny schemat. Często modyfikowałem pozycje, podmieniałem je na inne warianty. Intuicyjnie robiłem więc to, co później odkryłem jako jedną z podstaw systemu Vinyasa Krama.
Praktykując Ashtangę od dawna chciałem pojechać do Matthew Sweeneya, ale miejsce w jego shali trzeba było rezerwować nawet trzy lata wcześniej i opłacić cały pobyt z góry. Trochę mnie to zniechęcało, więc kupiłem jego DVD z Sekwencją Księżycową. To był dla mnie powiew świeżości w praktyce. Niby delikatniejsza niż pierwsza seria Ashtangi, ale równie głęboka. Genialnie równoważyła dynamiczną praktykę. Przez pięć czy sześć lat wykonywałem ją jako dodatkową sekwencję samodzielnie.
Matthew jest dość dobrze znany w Polsce, szczególnie dzięki swojej książce „Ashtanga joga bez tajemnic”. Inspirowałem się również jego publikacją Five Unique Sequences, w której po raz pierwszy zobaczyłem Sekwencję Lwa i kilka innych praktyk. To, co od razu do mnie przemówiło, to fakt, że nie jest to jedna ustalona sekwencja, ale raczej zestaw logicznych układów praktyki, które można dopasować do różnych potrzeb, etapów rozwoju i możliwości ciała.
Ten system zachowuje wiele elementów, które znamy z tradycyjnej Ashtangi, takie jak praca z oddechem, vinyasę i rytm praktyki, ale jednocześnie daje więcej swobody i inteligentnego podejścia do sekwencjonowania. Zamiast jednej drogi pojawia się wiele możliwych ścieżek.
Dla mnie było to bardzo inspirujące odkrycie. Po latach bardzo strukturalnej praktyki poczułem, że Vinyasa Krama pozwala mi spojrzeć na jogę szerzej, nie tylko jako na zestaw pozycji, ale jako na żywy system pracy z ciałem, oddechem i świadomością.
Kiedy w czasie pandemii Matthew otworzył grupy online, od razu się zapisałem. Przez pięć lat nie opuściłem praktycznie żadnego kursu. Brałem udział w wielu dodatkowych szkoleniach zarówno z zaawansowanych sekwencji, jak i z pranajamy czy medytacji.
Od tamtej pory udało mi się dwa razy pojechać do niego na Bali, a raz zabrał swoich uczniów na retreat do Rishikeshu. Zaprosiłem go też na warsztaty do Polski dwa lata temu i późnym latem wtym roku przyjedzie ponownie. Wydałem również polskie tłumaczenie jego książki Vinyasa Krama Mandiram.
A już niedługo, jako jeden z pierwszych studentów, poprowadzę w jego shali na Bali własny jogowy. retreat jogowy. W pewnym sensie spełniam swoje marzenie. Przez dwa tygodnie będę tymczasowym dyrektorem shali VKM!
Na czym polega ta metoda?
Vinyasa Krama Mandiram to system praktyki jogi, który opiera się na inteligentnym sekwencjonowaniu ruchu połączonego z oddechem. W przeciwieństwie do wielu współczesnych stylów jogi nie jest to jedna ustalona seria asan, którą powtarza się codziennie w identyczny sposób. Jest to raczej zestaw logicznie ułożonych sekwencji, które można dopasować do różnych potrzeb praktykujących, ich możliwości ciała oraz etapu rozwoju praktyki.
Podstawą jest oczywiście vinyasa, czyli świadome łączenie ruchu z oddechem, ale w tym systemie ogromną rolę odgrywa także progresja lub regresja. Każda sekwencję można skalować horyzontalnie, w górę lub w dół, i wertykalnie na boki. Pozycje są wprowadzane stopniowo, a sekwencje budowane tak, aby przygotowywały ciało do bardziej wymagających elementów praktyki. Dzięki temu praktyka jest jednocześnie dynamiczna, ale też bardzo przemyślana i bezpieczna.
System stworzony przez Matthew zawiera kilka głównych sekwencji, takich jak Sekwencja Księżycowa, Sekwencja Lwa czy Sekwencja Słońca, chociaż w sumie jest ich 16. Każda z nich ma trochę inny charakter i pracuje z ciałem w inny sposób. Jedne są bardziej regenerujące, inne bardziej intensywne, ale wszystkie zachowują logikę pracy z oddechem i płynnością ruchu.
To, co dla mnie jest w tym systemie szczególnie wartościowe, to jego elastyczność. Zamiast jednego sztywnego schematu mamy narzędzia, które pozwalają budować praktykę w sposób bardziej indywidualny. Dzięki temu można dostosować ją do różnych osób zarówno początkujących, jak i bardzo zaawansowanych praktykujących.
W pewnym sensie VKM zachowuje ducha tradycyjnej praktyki vinyasy, ale jednocześnie daje więcej przestrzeni na inteligentne i świadome prowadzenie praktyki, a ja jako nauczyciel mam więcej narzędzi do pracy z uczniami.
Czy łatwo było ci pogodzić życie rodzinne z praktyką?
Szczerze mówiąc nie zawsze było łatwo. Praktyka jogi, szczególnie w takich systemach jak Ashtanga czy Vinyasa Krama, wymaga regularności, dyscypliny i czasu. A życie rodzinne ma swoją własną dynamikę i swoje priorytety.
Z czasem jednak zrozumiałem, że joga nie polega tylko na tym, co dzieje się na macie. Praktyka zaczyna się tak naprawdę w codziennych relacjach: w cierpliwości, w uważności wobec bliskich, w umiejętności bycia obecnym tu i teraz. Rodzina bardzo szybko weryfikuje nasze duchowe ambicje. Dziecko nie interesuje się tym, ile zrobiłeś serii czy jak długo medytowałeś. Ono po prostu potrzebuje twojej obecności.
W pewnym sensie życie rodzinne stało się dla mnie jedną z najważniejszych form praktyki. Uczy pokory, elastyczności i odpuszczania kontroli, czyli dokładnie tych rzeczy, których uczymy się również w jodze.
Oczywiście bywały momenty, kiedy trzeba było znaleźć równowagę między wyjazdami na warsztaty, podróżami do Indii czy prowadzeniem zajęć, a byciem w domu. Ale z perspektywy czasu widzę, że te dwa światy wcale się nie wykluczają. Wręcz przeciwnie mogą się bardzo wzajemnie uzupełniać. Dla mnie joga nigdy nie była ucieczką od życia. Raczej sposobem, żeby być w nim bardziej obecnym. A rodzina przypomina o tym każdego dnia.
W listopadzie 2024 r. niespodziewanie zmarł spadkobierca linii przekazu Ashtanga jogi, Sharath Jois, który był również twoim nauczycielem. Jak przyjąłeś wiadomość o jego śmierci?
Z ogromnym niedowierzaniem. Zawsze wierzyłem, że jeszcze stanę na macie na jego Shali w Mysore. To była dla mnie bardzo poruszająca wiadomość. Sharath był nauczycielem, u którego przez wiele lat regularnie praktykowałem. Spędziłem tam wiele sezonów i te doświadczenia miały ogromny wpływ na moją drogę. Poznałem tam też wspaniałych ludzi z którymi przyjaźnię się do dzisiaj.
Kiedy dowiedziałem się o jego śmierci, poczułem przede wszystkim duży smutek. Myślę, że dla wielu osób związanych z Ashtangą był to moment zatrzymania i refleksji. Sharath był przez lata centralną postacią tej tradycji, a dla wielu z nas także kimś, kto w bardzo bezpośredni sposób wpływał na naszą praktykę.
Jednocześnie mam poczucie ogromnej wdzięczności za to, że mogłem uczyć się właśnie u niego. Mysore było dla mnie miejscem bardzo intensywnej praktyki, ale też ważnych życiowych doświadczeń. To tam w pewnym sensie dojrzewałem jako praktykujący i jako nauczyciel.
Śmierć nauczyciela przypomina też o czymś bardzo prostym, że joga nie polega na osobach ani na instytucjach, ale na praktyce, która jest przekazywana dalej. To, co otrzymaliśmy od naszych nauczycieli, żyje w tym, jak praktykujemy i jak uczymy innych.
Dlatego oprócz smutku pojawia się też wdzięczność i poczucie odpowiedzialności, żeby tę praktykę przekazywać dalej z szacunkiem dla jej źródeł. Myślę, że w uczeniu VK nadal przekazuję to co otrzymałem od Sharata.
Prowadzisz warsztaty, wydajesz książki, nagrywasz popularne kursy online. Co jeszcze chciałbyś osiągnąć na swojej jogowej drodze?
Szczerze mówiąc, nie myślę o tym w kategoriach osiągnięć. Po prostu robię swoje z pasją i zaangażowaniem. Zresztą z perspektywy jogi trudno mówić o „osiąganiu” czegokolwiek, bo w pewnym sensie mamy już wszystko, czego potrzebujemy. Cała praktyka polega raczej na odkrywaniu tego, co już w nas jest, niż na zdobywaniu czegoś nowego.
Dlatego nie mam jakiegoś wielkiego celu do zdobycia. Chcę po prostu dalej praktykować, uczyć się i dzielić tym, czego sam doświadczyłem na swojej drodze. Jeśli moje warsztaty, książki czy kursy online pomagają komuś choć trochę zbliżyć się do siebie, poczuć więcej spokoju albo lepiej zrozumieć własne ciało i umysł, to jest to dla mnie ogromna wartość.
Myślę też, że z biegiem lat coraz ważniejsze staje się przekazywanie wiedzy w sposób prosty i uczciwy, bez budowania wokół jogi zbędnej ideologii. Joga jest bardzo żywą praktyką i każdy z nas odkrywa ją trochę inaczej. Jeśli mogę być w tym procesie dla kogoś inspiracją albo wsparciem, to w zupełności mi wystarcza.
Najbardziej cieszy mnie to, że ta droga wciąż trwa i nadal potrafi mnie zaskakiwać. W jodze zawsze jest coś więcej do odkrycia, nie w sensie spektakularnych osiągnięć, ale w coraz głębszym rozumieniu siebie i życia.
Dziękuję za rozmowę.
Skoro już tu jesteś...
...mamy do Ciebie prośbę. Coraz więcej osób czyta artykuły na portalu Bosonamacie.pl, znajduje tu także informacje o ciekawych warsztatach i wyjazdach.
Nasz portal działa na zasadach non-profit, nie jest firmą, ale efektem pracy i zaangażowania grupy pasjonatów.
Chcemy, by nasz portal pozostał otwarty dla wszystkich czytelników, bez konieczności wprowadzania opłat za dostęp do treści.
Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą. Wesprzyj nas na Patronite! Nawet symboliczne 10 złotych miesięcznie pomoże nam tworzyć wartościowe treści i rozwijać portal.
Jeśli nasz artykuł był dla Ciebie pomocny, ciekawy lub po prostu lubisz to, co robimy – kliknij logo poniżej i dołącz do grona naszych patronów.
Każde wsparcie ma znaczenie. Dzięki Tobie możemy działać dalej!
Dziękujemy!












